top of page

Echa Martwego Świata - Rozdział III - Geneza Uczuć


Rozdział III - Geneza Uczuć
.pdf
Pobierz PDF • 1.31MB

Rozdział III - Geneza Uczuć
.docx
Pobierz DOCX • 455KB

Grzesiek powoli otworzył oczy i niemal natychmiast bardzo tego pożałował. Po dość twardo przespanej nocy, rano okazało się, że bolały go nawet te mięśnie, o których istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Szukając remedium na swoje dolegliwości, najpierw spróbował jeszcze raz położyć się spać, ale przez swój stan, nie miał już  na to wielkich szans. – Jak to jest, że zawsze następnego dnia boli tylko bardziej? – westchnął, sięgając zrezygnowany do swojego plecaka.

Spoconą ręką pogrzebał w nim dłuższą chwilę, aż w końcu gdzieś na samym dnie odnalazł środki przeciwbólowe. Bez ceregieli wziął całą garść tabletek, po czym z powrotem legł jak trup na materacu. Przez kolejny kwadrans ból, który odczuwał zaczął stopniowo słabnąć, ale i tak nie zdołał ponownie usnąć. – Najwidoczniej, wyczerpałem limit… – jęknął, obserwując światło, które zaczęło przebijać się przez ciemny materiał nad jego głową.

Dopiero teraz mógł dostrzec, że namiot Majki był naprawdę przestronny, wysoki, a przy tym niemożliwie wręcz zagracony. Dziewczyna rozrzucała swoje rzeczy niemal wszędzie, pozostawiając wolną jedynie powierzchnie materaca, na którym aktualnie leżał. – Nie należysz do czyścioszków. – zaśmiał się, obserwując książki z pogiętymi okładkami, które leżały obok wysokich, grubych skarpet i pustych butelek po wodzie.

Grzesiek był prawie pewien, że przekopując się przez ten chaos, mógłby natrafić na prawdziwe skarby.  Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu, przewidując długie narzekania ze strony Pierwszego, gdyby zdecydował się na taki haniebny czyn. Aby więc nie wystawiać na próbę swojej mikrej samokontroli, odchylił kotarę i wypełzł na koc przed namiotem.

Tam szybko zauważył, że na dziedzińcu zdążyło już w pełni rozbudzić się życie. 

Wydeptanymi ścieżkami, przemieszczały się całe tabuny ludzi, przypominając mrówki krzątające się wokół mrowiska. Praktycznie nikt nie chodził z pustymi rękoma. Niektórzy nieśli skrzynie z zapasami, inni taszczyli drewno na opał, a w pobliżu namiotu grupa dziewcząt i chłopców robiła, pranie w ogromnych baliach. Przed główną bramą zamku, rośli mężczyźni dźwigali kanistry pełne wody, przyniesionej najpewniej ze źródła poza murami. Z kolei w powietrzu unosił się przyjemny zapach, który przywodził na myśl zupę Majki, rozbudzając przy okazji apetyt Grześka.

Pchany narastającym głodem mężczyzna sięgnął po swoją prowizoryczną kulę, gotów pokonać każdą przeszkodę, byleby tylko dostać śniadanie. Nim jednak zdążył się podnieść i oddalić od namiotu, przeszło mu przez głowę, że może wcale nie powinien tego robić. Jak nie patrzeć był na zamku tylko gościem. Może w lepszym guście byłoby poczekać na Łukiego lub kogoś innego, zanim zacznie włóczyć się po dziedzińcu?

Chociaż „włóczyć” było w wypadku jego stanu, mocno wyolbrzymionym pojęciem. 

Ostatecznie, Drugi doszedł do wniosku, że nie otrzymał żadnego konkretnego zakazu dotyczącego samodzielnego eksplorowania zamku. Nim jednak wyruszył w ślad za kuszącym aromatem kuchni, uznał, że tę chwilę samotności mógłby wykorzystać na coś innego. Planował przecież od wczoraj rozmowę z Grubym Dawidem i zdecydowanie wolał, aby podczas tego spotkania nie było przy nim Łukiego, a tym bardziej Majki. Dziewczyna zapewne doprowadziłaby do kolejnej kłótni, a chłopak, jako jej „przyjaciel”, również nie ułatwiłby tego spotkania. Zastanawiając się nad tym dłużej, Grzesiek uznał, że w sumie im mniej osób dowiedziałoby się o ich spotkaniu, tym lepiej. Nie dało się po prostu nie wyczuć, że odbiór Dawida na zamku był dość chłodny.

Podnosząc się z trudem i opierając na kuli, Grzesiek zauważył, że jego stopa była jeszcze bardziej bezwładna niż dzień wcześniej, ale przynajmniej, nie wydawała się już tak olbrzymia. –  Dam radę... –  stwierdził bez entuzjazmu i ruszył w tajemnicy szukać Grubego Dawida.

Niestety już po przejściu kilku metrów okazało się, że jego stan na żadne poszukiwania absolutnie nie pozwala. Laska wbijała się mu pod ramię, zdrowa noga szybko męczyła, za to chora po prostu bolała jak skurwysyn. Zrezygnowany Grzesiek uznał błyskawicznie, że to już koniec z jego absolutną konspiracją i najważniejsze, to żeby Majka i Łuki nie złapali go za rękę. Zdesperowany zaczepił więc pierwszą napotkaną osobę, której nie widział wczoraj przy ognisku i spytał o Dawida.  Dość młody chłopak, niosący akurat drewno do paleniska, pokierował go bez zbędnych pytań, pod boczną wieże przy murze.

Miejsce to było zdecydowanie odizolowane od reszty obozu i gdy Grzesiek w końcu się do niego doczłapał, stwierdził, że nie dzieliło nawet odrobiny średniowiecznego charakteru reszty dziedzińca. Stojący tam namiot okazał się być zwykłym, turystycznym modelem znanej sportowej marki, a dookoła niego rozrzucone były różnorodne narzędzia i części mechaniczne. Sam Dawid pochłonięty był pracą nad silnikiem sporego choppera i nie zauważył nawet zbliżającego się gościa.

Grzesiek rzucił jeszcze szybkie spojrzenie w stronę obozu, ale nie dostrzegając nigdzie zagrożenia w postaci Majki i Łukasza, ruszył w stronę zajętego mężczyzny. – Cześć! –  zawołał entuzjastycznie, chcąc natychmiast dać do zrozumienia, że nie przybył tutaj z wrogimi intencjami – Świetny motocykl! To Honda dragstar ?

– Yamaha Dragstar...–  poprawił Dawid, obracając się z niechęcią w stronę Grześka. –Zastanawiałem się, kiedy zdecydujesz się przyjść. Ale spodziewałem się ciebie raczej w towarzystwie kogoś z  tej nadpobudliwej dwójki...

Zaskoczony Grzesiek, aż uniósł brwi. – Spodziewałeś się mnie?

– Tak... –  prychnął Dawid, wracając do machania  kluczem przy silniku. – Zawsze, gdy ktoś ucieknie z Białego Serca, mam później odwiedziny i dziką serie pytań.–  oznajmił, a następnie, naśladując kobiecy głos, zaczął wymieniać: – Co by się ze mną stało? Dokąd by mnie zabrali? Słuchaj, porwali mojego brata, nie wiesz może, co z nim...? – Potem, z rosnącą irytacją, dodał.  – Jak mogłeś z nimi współpracować? Kim ty właściwie jesteś? Chyba nie masz serca...

– Przestań –  przerwał Grzesiek. – Nie przyszedłem cię sądzić, a urazy trzymam krótko. Poza tym, nie udaję świętego! – dodał, chcąc wyłapać z mężczyzną jakiś wspólny front. – Sam w tym świecie musiałem robić wiele okropnych rzeczy, by przetrwać. Dlatego rozumiem, że po prostu źle trafiłeś…

Dawid popatrzył na niego z wyraźnym zdziwieniem. Nie trudno było zgadnąć, że chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu, spotkał się z kimś, kto nie oceniał go z góry. Przez chwilę widać było, że mocno się nad czymś zastanawia, ale finalnie zamiast rzucić w Grześka kluczem, sięgnął do kufra przy motocyklu. – Piwko? –  zaproponował, podając mu puszkę.

Grzesiek podrapał się teatralnie po brodzie. – Cholera, rano zażyłem trochę przeciwbólowych. –  zauważył sztucznie zmartwiony. – To w sumie należałoby czymś zabić ten okropny smak.–  dodał, przyjmując podarek, a następnie rozsiadł się obok swojego dobrodzieja na wyschniętej trawie.

Dawid sięgnął po kolejną puszkę i po jej otwarciu złapał spory łyk. – Fajnie, chociaż raz spotkać kogoś, kto od razu nie uważa cię za najgorszą możliwą mendę…

Grzesiek słysząc żal w tonie mężczyzny, pokiwał ze zrozumieniem głową. – Nie masz tu lekko co?

– Ani tu, ani tam, ani nigdzie – prychnął Dawid, wymachując w złości puszką i przy okazji rozlewając trochę jej zawartości. – W Białym Sercu czeka mnie wyrok śmierci za zdradę. Tutaj każdy z chęcią zrzuciłby mnie z muru za moją przeszłość. A na samotne włóczenie się po świecie brakuje mi już sił…

Grzesiek był nieco zaskoczony krytyką jaką usłyszał. Po tym jak wszyscy byli tutaj dla niego mili, a przecież też był obcym z niejasną przeszłością, nie do końca mógł uwierzyć, że mogą aż tak piętnować Dawida. Zwłaszcza, że ten ze swojego dawnego życia sam dobrowolnie zrezygnował. – Chyba poza Majką i może Łukim, nie masz aż tak wielu wrogów? – spytał, myśląc, że mężczyzna nieco wyolbrzymia całą sytuację . –  W sumie to nie zauważyłem żeby poza nią, ktoś przy stole w ogóle na ciebie wsiadał…– dodał wspominając teraz poprzedni wieczór.

– Ale nikt też nie stanął w mojej obronie, prawda? – rzucił retorycznie Dawid.

– To akurat nieprawda! – zaprzeczył natychmiast Drugi. – Karolina, ona stanęła. To znaczy nie jakoś epicko, ale zasugerowała Majce, żeby ci odpuściła.

Dawid słysząc to, uśmiechnął się gorzko. – Fajna dziewczyna. Ale to nie zmienia faktu, że reszta najchętniej już dawno by się mnie stąd pozbyła…

Grzesiek po raz kolejny miał co do słów mężczyzny, spore wątpliwości i teraz był już niemal pewien, że ten zdecydowanie wyolbrzymia całą sytuacje. – Wiesz, w sumie to w tym świecie nic ich przed tym nie powstrzymuje…– zauważył, czym nieco zaskoczył Dawida. – Myślę, że gdyby naprawdę chcieli, to raczej już by cię tu nie było… I nie mówię tu teraz wyłącznie o okolicy zamku… O tym świecie! Ja mówię, że nie byłoby cię już na tym świecie.

Dawid jednak zdecydowanie nie dał się przekonać, bo tylko pokiwał pobłażliwie głową. – Bo widzisz Grzesiek, oni są niewolnikami swoich własnych zasad. – stwierdził z przekonaniem. – Nie mogą przecież od tak zabić kogoś, kogo sami przyjęli. Większość ludzi z zamku nie jest z Czerska, ani nie należało do żadnego bractwa. To ludzie zza bariery jak ty. Oni słuchają naszych rycerzyków bo wierzą, że to oni są, tą dobrą stroną. Ten teatr słabo by wypadł, gdybym nagle skończył, ze strzałą w plecach…

– Mówisz o nich tak niepochlebnie… – wtrącił Drugi. – Ale zauważ, że mimo tego co robiłeś jednak cię przyjęli, a nie od razu powiesili…

– To była kalkulacja! – tłumaczył Dawid, co raz bardziej pogrążając się w swoją paranoje. –  Zanim się pojawiłem, nic nie wiedzieli o Białym Sercu. Roman potrzebował informacji, a ja dałem się złapać, na tandetną wizję ich dobroci.. – dodał wykrzywiając się, po czym złapał spory łyk z puszki.  

– Ok…– potwierdził niepewnie Drugi. –To, że mają do ciebie uraz z powodu twojej przeszłości to pewne, ale chyba nie zrobili by ci za to krzywdy. Popatrz! Przyjęli mnie, pomogli, nawet nie okradli. W Martwym Świecie to rzadkość. Zdecydowanie rzadkość…  Uważam, że wbrew temu co twierdzisz mają w sobie coś dobrego…

– A widziałeś kiedyś sektę, która na dzień dobry daję ci w ryj? – wytknął Dawid, kończąc swoje piwo.  – Dam ci radę Grzesiek! Jak tylko zrośnie ci się noga, bierz dupę w troki i uciekaj za granicę! Najlepiej nie odwracając się za siebie. Nawet w Warszawie byłoby ci lepiej niż tutaj…

Grzesiek miał naprawdę duże trudności, by uwierzyć w choćby jedno słowo Dawida. Według niego, mężczyzna był równie zrażony do grupy z zamku, co grupa z zamku do niego. To uniemożliwiało im podejście do siebie, po prostu jak do ludzi. Niemniej, nie przyszedł przekonywać go do zmiany zdania. Chciał po prostu dowiedzieć się czegoś więcej o przewodnikach, a rozmowę trzeba było przecież jakoś zacząć. – A propos brania dupy w troki i ucieczki za granicę. Mogę cię o coś spytać? – zaczął, przechodząc w końcu do głównego celu swojej wizyty.

– Wal – odparł Dawid, sięgając do kufra po kolejne piwo.

– Ci przewodnicy, o których wspominałeś… Łatwo ich spotkać? Wyróżniają się jakoś szczególnie? Może mają tu jakieś stałe bazy? – wypalił, całą serią pytań.

Dawid popatrzył na niego z mieszaniną zaskoczenia i ciekawości, biorąc jednocześnie przeciągły łyk. – Przeszło ci przez myśl, że któryś z nich pomoże ci się przedostać do jakiegoś konkretnego miejsca? – zgadywał, próbując najwidoczniej wyczuć zamiary Drugiego. – Zapomnij. Są oczkiem w głowie Białego Serca. Niczego im nie brakuje, więc nie masz nic, czym mógłbyś ich przekupić

– Nie mówię o przekupstwie… – szepnął Grzesiek złowieszczo. – Raczej o zachęcie do współpracy. Takiej przymusowej zachęcie…

Dawid słysząc go zaśmiał się. – Dziwny z ciebie gość. No, ale skoro sprawiłeś, że nie czułem się źle w twoim towarzystwie, podzielę się z tobą tym co wiem. Łowcy zwykle zakładają sobie jakąś bazę wypadową na czas rajdu. Zawsze w innym miejscu, żeby nie dało się wyłapać schematu. W takiej bazie przewodnik koczuje najczęściej z obstawą, a reszta skurwieli rozjeżdżają się po terenie. Rajd trwa zwykle kilka dni. Jak paru frajerów złapią albo stwierdzą, że robi się niebezpiecznie to spieprzają za granicę…

– Czyli jeżeli gdzieś w mieście trafię na łowcę, to znaczy, że przewodnik też tu na pewno jest? – dopytał Drugi, dodając żartobliwie. – Oczywiście nie licząc ciebie

– Dokładnie – potwierdził Dawid. – Kolejny szczegół, który może ci pomóc to, że przewodnicy nie prezentują się tak jak reszta. Unikają noszenia emblematów, by móc niezauważenie infiltrować miasta w poszukiwaniu informacji. Jeśli w Białym Sercu dostrzeżesz kogoś, kto wygląda na żula, ale nie jest skuty kajdanami. To z dużym prawdopodobieństwem jest to przewodnik

– Więc mam punkt zaczepienia. –  stwierdził Grzesiek czując się znacznie pewniej.

Chociaż nie miał zamiaru się do tego przyznawać, to akurat w porywaniu ludzi, miał spore doświadczenie. Co jak teraz sam zauważył, nie wiele odróżniało go od łowców z Białego Serca. Pocieszające było jedynie to, że w tym świecie miał czystą kartę i nie był skazany na ostracyzm jak Dawid.

Ten oczywiście zauważył przesadnie pewny ton Grześka, i przestrzegł go natychmiast. – Tylko uważaj! Niektórzy przewodnicy mają, jak tutaj się na to mówi, zdolności magiczne…

– Domyślam się, o co chodzi – westchnął Drugi, przekonany, że jego rozmówca ma na myśli,  Pierwotną Wolę.

– Na szczęście takich, nie ma zbyt dużo…– dodał na pocieszenie Dawid, kończąc kolejne piwo. – Ale i tak wątpię, żebyś dostał się nawet do tych najgorszych pajaców…

– Zobaczymy. – stwierdził Grzesiek, również opróżniając puszkę do końca.  – Na razie i tak muszę wyleczyć nogę. Mam jeszcze co najmniej dwa tygodnie na rozważania…

W tym momencie z pomiędzy namiotów niespodziewanie wyłonił się Roman. Gdy tylko zauważył Grześka rozmawiającego z Dawidem, jego twarz przybrała wyjątkowo nieprzyjemny wyraz. Ten  spróbował zamaskować sztucznym uśmiechem i z miną, jakby próbował ukryć hemoroidy, ruszył w ich stronę.

 – Rozmawiacie sobie? – spytał spokojnie, ale jednocześnie jego spojrzenie w kierunku Dawida wydawało się po prostu zmrażać.

Dawid nie dał po sobie poznać, że to zauważył, i z powrotem zajął się motocyklem.. – Taaa, Grzesiek był ciekawy Białego Serca. Przecież tylko po to się do mnie przychodzi…

– Aha, rozumiem.  – stwierdził Roman, przez chwilę zagłębiając się w myślach, ale na jego twarzy pojawiła się z jakiegoś powodu wyraźna oznaka ulgi.  – Dawidzie. – zaczął w końcu. – Potrzebuję, abyś pomógł nosicielom wody. Maciek i Karol dzisiaj odpadli, a praca się piętrzy.

– Jasne…– stwierdził sztywno Dawid i odłożył klucz do kuferka stojącego obok motoru.  Potem bez słowa sprzeciwu ruszył w kierunku głównej bramy. 

Po jego odejściu Roman skoncentrował swoją uwagę na Grześku. Jego oblicze przybrało natychmiast o wiele cieplejszy, niemal ojcowski wyraz.  – Nie powinieneś jeszcze forsować nogi. Poprosiłem Łukiego, aby na ciebie uważał, ale ten łobuz pewnie znowu lata gdzieś za Majką. Dostanie dzisiaj po łbie…

Grzesiek wyczuł między wierszami, że jednak nie powinien włóczyć się po zamku bez towarzystwa i pewnie to Łukasz miał go pilnować. – Daj chłopakowi spokój! – poprosił, nie chcąc by oberwało mu się za jego samowolkę. –  Przecież nie mógł się spodziewać, że trafi się wam debil, co ze skręconą kostką będzie sobie spacery urządzał. – dodał pół żartem.

– Szkoda by było te kostkę rozpaprać… – podkreślił ponownie Roman. – Staraj się odpoczywać przynajmniej przez tydzień.

Po tych słowach mężczyzna pomógł Grześkowi wstać i odprowadził go prosto do namiotu Majki.

Przed wejściem czekała na Grześka niespodzianka, w postaci śniadania, składającego się z ogromnej misy zupy i kawy. Jedzenie pozostawione było na kocu przed wejściem, a po osobie, która je zostawiła nie było nawet śladu.

– Wydaje się, że miałeś gości. –  zauważył Roman. – A sądząc  po rozmiarze porcji, ktoś chyba naprawdę cię polubił.

Grzesiek miał tylko nadzieję, że tym kimś zdecydowanie była Majka, a nie Łuki.  – Wow –  wydusił z siebie, spoglądając na olbrzymią i zalaną do pełna misę.  – Naprawdę nie wiem, jak mam wam za to dziękować…

Słysząc jego wdzięczny ton, Roman wyraźnie się rozluźnił, chociaż wcześniej wydawał się naprawdę czymś zdenerwowany. – Być może będę miał dla ciebie propozycję.  Gdy już się oczywiście tu trochę zadomowisz. – stwierdził nagle.

– Propozycje? – dopytał zaskoczony Drugi.

– Nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy, ale…– tu mężczyzna zrobił krótką pauzę, a potem powiedział chyba ostatnią rzecz, której Grzesiek się spodziewał. – Pewnie zaproponuje ci na koniec, żebyś z nami został…

Słysząc to Drugi ledwo utrzymał równowagę, jak oszołomiony, powtórzył tylko. – Został?

Roman podtrzymując go, uśmiechnął się w bardzo życzliwy sposób. – No tak. Widzisz, brakuje mi dobrych wojowników, a po tobie widać to zacięcie. Jesteś nieustępliwy, charakterny… I trochę nierozsądny, ale to można wypracować. Oczywiście, najpierw dojdź do siebie. Łuki i Majka zapoznają cię z naszym życiem, a ty zdecydujesz, czy przynależność do Bastylii jest dla ciebie. Jeśli nie, trudno. Jakoś będę musiał odżałować odmowę, ale mam szczerą nadzieję, że się zgodzisz…

Grzesiek wiedział, że na takie coś nie ma szans. Jego celem nie było szukanie sobie nowego miejsca do życia, tylko znalezienie sposobu na ocalenie Pierwszego od więzienia w jego głowie. Nie miał jednak zamiaru dawać tego po sobie poznać. Podobne śniadania mogłyby już na niego więcej nie czekać, gdyby z góry zadeklarował swoje odejście. Zamiast tego pokiwał głową, jakby ta propozycja naprawdę mu się spodobała. – Nie spodziewałem się tego, ale to…To jest naprawdę ciekawa perspektywa.

– No pewnie, że jest!  – potwierdził Roman. – Ale na razie dbaj o siebie! No i oczywiście smacznego – stwierdził dziarsko, po czym ruszył w stronę głównego ogniska.

Gdy tylko Grzesiek został sam, rozsiadł się na kocu i złapał do ręki talerz z zupą, która, chociaż chłodna, była tak samo pyszna jak wczorajsza. Niestety, nie było mu dane rozkoszować się jej smakiem w spokoju, bo w jego głowie niemal natychmiast rozbrzmiał zaniepokojony ton Pierwszego. – Nie podoba mi się to.

– Następny mąciwór… – westchnął Grzesiek. – Słuchaj, czy tak ciężko uwierzyć, że może się tu zebrało kilku dobrych ludzi? Wiesz, że podróżując przez Martwy Świat, nie spotykałem samych morderców i psychopatów?

  Może, ale to jak ten Dawid wspomniał o sekcie, trochę we mnie uderzyło. – przypomniał nagle Pierwszy.

– Wiesz, gość należał do wrogiej organizacji, przez którą pewnie nie raz stracili kogoś ze swoich szeregów… – zauważył Grzesiek, licząc, że uspokoi obawy kompana. – Nic dziwnego, że jest tu, mówiąc twoim językiem; Persona non Grata. Z drugiej strony, sam liczył pewnie, że od razu zostaną mu zapomniane wszystkie winy, bo przyniósł garść informacji. Pewnie jest srogo zrażony, bo się to nie udało, a wszyscy ciągle wypominają jego przeszłość. Jego złorzeczenie to jeszcze nie powód, by przekreślać dobre intencje całego obozu…

A mówiąc twoim językiem; idealnie atletyczny tyłek Majki, to jeszcze nie powód by ufać im bezgranicznie. – wtrącił Pierwszy.

Grzesiek słysząc to, aż zakrztusił się zupą. – Zaraz! – zawołał, zapominając nawet, że przecież ktoś mógł zauważyć jak rozmawia sam ze sobą. – Czy ty właśnie powiedziałeś, idealnie atletyczny tyłek?!

– To twoja część mózgu! – warknął Pierwszy. – Znowu mnie deprawujesz… 

Grzesiek zaśmiał się i przez chwilę siedział cicho, popijając zupę.

Pomijając kwestie zaufania… – zaczął ponownie Pierwszy, zaburzając jego spokój.  – Zastanawiam się, jak udaje im się przetrwać. Myślę, że jest tu jakieś bagatela sto osób. Dzienne wyżywienie takiego obozu, nawet w same ziemniaki, to byłby koszmar. A oni nie wyglądają, jakby jedli same ziemniaki. Chyba nawet ludzie w Zwrotnicy nie byli tak dobrze odkarmieni.

– Mają częste błyski… – stwierdził Grzesiek, podsuwając rozwiązanie tej zagadki.

Nawet jeśli. –  analizował dalej Pierwszy. – To musiałby im się chociaż raz w miesiącu resetować jakiś duży market. 

– Jesteśmy pod Warszawą. – wtrącił Grzesiek, uważając, że jego kompan za bardzo szuka dziury w całym.  – Pewnie nawet mają tutaj kilka takich. –  Kończąc ten temat, spróbował ponownie skupić się na jedzeniu, ale poczuł jak w żołądku zaczynają ściskać go nerwy. – Przestaniesz ty cholerny paranoiku! Jak bardzo nie próbowałbyś im nie ufać, jesteśmy zdani na ich łaskę!

Wiem, wiem…– odparł Pierwszy. – Po prostu uważaj, dobrze? 

– Dobrze…– syknął Grzesiek, siorbiąc zupę z talerza.

***

Chociaż Grzesiek nie wyczuwał złych intencji wśród mieszkańców zamku, to przez pierwszy tydzień pobytu udzielała mu się nieufność Pierwszego. Nieustannie łapał się na tym, że mimowolnie szukał dowodów na spisek czy grożące im niebezpieczeństwo. Oczywiście, żadnych dowodów nie znalazł, ale mimo to Pierwszy, po prostu nie potrafił zrezygnować z bycia Pierwszym. To sprawiło, że okres, który mógł być dla Grześka naprawdę przyjemny, zamienił się w emocjonalny rollercoaster. Chociaż sam nie chciał tego przyznać, był to moment, w którym obecność kompana w głowie zaczęła być dla niego naprawdę uciążliwa. Na szczęście od całkowitego pogrążenia się w pesymistycznych myślach, ratowało go ciągłe towarzystwo Majki i Łukasza.

Nad ranem Łuki zwykle prowadził go na główny plac, gdzie serwowano śniadanie. Majka, będąca jedną z kucharek, dodatkowo podnosiła „atrakcyjność” tych poranków. Po posiłku Łukasz często wyruszał razem z innymi rycerzami w poszukiwaniu zapasów, a Grzesiek pozostawał przy stole, dopóki obsługa kuchenna nie posprzątała. Następnie udawał się z Majką pod zachodnią część muru, gdzie dziewczyna miała swoje pole treningowe. Czasami dołączali do nich inni mieszkańcy zamku, by doskonalić umiejętności strzeleckie, ale najczęściej zostawali sami, co dawało im szansę na długie rozmowy. Dzięki temu Grzesiek miał okazję dowiedzieć się więcej o dziewczynie i jej przeżyciach.

Do Czerska trafiła nieco wcześniej niż Łukasz, a do Nowego Świata wprowadził ją Roman. Początkowo skupiała się na tym, co potrafiła najlepiej – gotowaniu, nie myśląc nawet o nauce sztuki łuczniczej. Kilka miesięcy później dołączyła do niej siostra, z którą w Starym Świecie prowadziła małą gastronomię. Dzięki temu zamek zyskał dwie doskonałe kucharki. Niestety, siostra Majki, Ewelina, stała się jedną z pierwszych ofiar Białego Serca w Czersku.

Nie chcąc wprowadzać Majki w zły nastrój, Grzesiek nigdy nie pytał o szczegóły tej historii. Jednak miał okazję usłyszeć ją w pełni od Łukasza, który pozostawał z nim, gdy dziewczyna miała dyżur podczas obiado-kolacji. Jak się okazało, przed pojawieniem się Białego Serca, okolice zamku były uważane za bezpieczne i mieszkańcy swobodnie przemierzali je bez ochrony. Ewelina i kilka jej przyjaciółek często na własną rękę szabrowały okoliczne domy, w poszukiwaniu rzeczy mniej potrzebnych do przetrwania, a bardziej dla zabawy i przyjemności. Podczas jednego z takich kosmetykowych rajdów, jak nazwał to Łuki, dziewczyny wpadły na pierwszych łowców Białego Serca, którzy pojawili się w mieście. Z całej grupy uciekła tylko najmłodsza, Emilia, która przekazała informacje o zdarzeniu na zamku. Roman wraz z rycerzami zorganizował natychmiastową misję ratunkową, ale na Łowców natrafili już blisko granicy. Część dziewcząt, w tym Ewelina, została zabrana do Stefy Zamarcia.

Od tej pory Majka pchana rządzą zemsty, przyłączyła się na stałe do grupy walczącej z najeźdźcami. Ponieważ początkowo nie mogła równać się siłą z resztą towarzyszy, rozpoczęła swoją przygodę z łucznictwem.

Oczywiście wyjaśniło to, skąd wzięła się ta wyjątkowa, nawet jak na zamek, nienawiść Majki do Białego Serca i skrajnie wrogie podejście do Dawida. Z kolei Pierwszy wyłapał z tego inny szczegół i ciągle przypominał Grześkowi, że z jakiegoś powodu od rozmowy z Dawidem prawie nigdy nie zostawał sam.

Grzesiek, zamiast doszukiwać się w tym jakiegoś spisku, postanowił po prostu uwierzyć, że Łuki i Majka polubili jego towarzystwo. Ich wspólne wieczorne posiedzenia przy ognisku, które często przeciągały się do późnych godzin nocnych, uważał za niezwykle przyjemne. Łuki zawsze potrafił zdobyć jakiś alkohol czy przekąski, natomiast Majka wykazywała niemal niezwykłą ekscytację, kiedy Drugi opowiadał o swoich podróżach po Martwym Świecie. Wszystko to zdecydowanie nie wyglądało, jakby para została zmuszona do pilnowania go. Co więcej, w nocy pozostawał przecież całkiem sam i gdyby chciał, mógłby swobodnie przemieszczać się po dziedzińcu.  

Wśród pozytywnych aspektów, kostka Grześka przeszła wszystkie możliwe fazy kolorystyczne, ale już pod koniec drugiego tygodnia był on w stanie spacerować bez laski na krótkich dystansach. Z tych mniej pozytywnych, szesnastego dnia pobytu na zamku, mężczyzna doświadczył swojego pierwszego Błysku w mieście.  Nie różnił się on niczym od pozostałych, które widział do tej pory, i wywoływał identycznego, potwornego kaca. Co ciekawe, mieszkańcy znaleźli na to swoje remedium – środek potocznie nazywany „kwaśnicą”, który smakował jak niezwykle gęsty koncentrat cytrynowy, za to w ciągu pół godziny potrafił postawić na nogi. W dużej mierze, to dzięki temu środkowi ludzie z zamku mogli celebrować swój rytuał, jakim był po błyskowy - Festiwal Życia.

Zaraz po przebudzeniu, cały zamek dekorowano, wyciągano alkohol, a rycerze oraz i inni ochotnicy wyruszali parami do Góry Kalwarii, aby zabijać potwory, zanim te zgromadzą się w większe grupy. Oczywiście przy okazji szukano również odnowionych budynków i gromadzono zapasy. Festiwal Życia był również swoistą okazją do rywalizacji, w której uczestnicy mierzyli się w różnych konkurencjach; kto zabije wyjątkowego potwora, przyniesie najciekawszą pamiątkę z dawnego świata lub odnajdzie najwięcej zapasów.

Z powodu swojej niedoleczonej nogi, Grzesiek nie mógł zgłosić się na ochotnika do wyprawy, pomimo silnej chęci popisania się przed Majką. Dziewczyna wyruszyła na Górę Kalwarii w parze z Łukim, pozostawiając Drugiego po raz pierwszy od jego przybycia na zamek, bez ich towarzystwa. Tego wieczoru za kompana służył mu więc Roman, który dyplomatycznie stwierdził, że jest już za stary na takie rozrywki.

Pierwsze pary zaczęły wracać na zamek dopiero po czterech godzinach, podczas gdy na dziedzińcu zabawa trwała w najlepsze. Grano muzykę, tańczono i spożywano ogromne ilości bimbru, destylowanego na terenie zamku. Rarytasem były sporadycznie pojawiające się butelki oryginalnego alkoholu ze Starego Świata, przynoszone jako łupy przez uczestników zawodów. Dzięki towarzystwu Romana, Grzesiek miał okazję spróbować starej whisky, ciemnego rumu i absyntu, ale oszczędzał się do końca, licząc, że zachowa trzeźwość na spotkanie z Majką i Łukaszem. Musiał jednak uzbroić się w cierpliwość, ponieważ wrócili oni jako jedna z ostatnich par, zgarniając przy tym nagrodę za zabójstwo giganta kalwaryjskiego.

... ja biegam, przyciągając jego uwagę, a ten wali łapą o ziemię – opowiadał Łukasz, streszczając ich walkę przy stole. – Majka naciąga strzałę i puf! Drugie oko rozbryzguje się jak pomidor. Myślę sobie: no i jesteśmy w domu. Zaczynam bić mieczem o asfalt, żeby go trochę rozproszyć, a Majka strzela: jedna strzała, druga, trzecia. Wszystkie zatrzymują się w brodzie, która była gęsta jak kolczuga. Już mówię za cholerę go nie ubijemy, do tej szyi to nic nie dojdzie i wtedy jak się nie zamachnie! Prawie mnie ściągnął na ślepo. Odbiegłem kawałek, a Majka dalej za nim. Już jej strzał zaczyna powoli brakować…

Dziewczyna, słuchając Łukasza jednym uchem, pokręciła głową i z typową dla siebie skromnością, wyszeptała do Grześka – Wcale nie było tak trudno. Zawsze dramatyzuje…

– Zabicie giganta tak prymitywną bronią, to jednak spory wyczyn. Ma do tego prawo... – stwierdził Grzesiek, po czym niemal natychmiast pożałował swoich słów.

– Prymitywną?! – zawołała wzburzona Majka uderzając potężnie pięścią w stół, ale na szczęście dla Grześka i jego szczęki, dziewczyna tylko się zgrywała i już po chwili stwierdziła zaczepnie.  – Łuk wcale nie jest prymitywny.  Założę się, że nawet strzałami bez metalowych grotów, poradziłabym sobie lepiej niż ty ze swoim „malutkim” pistolecikiem. Zabiłeś w ogóle kiedyś takiego wielkoluda?

– Kilka – odparł pewnie Grzesiek. – Ten typ potwora pojawia się prawie w każdym mieście.

Dziewczyna słysząc to popatrzyła na niego wyzywająco i spytała – Może więc na następnym Festiwalu Życia zorganizujemy sobie małe zawody? A może, w ogóle pójdziesz razem ze mną! Ocenie, które z nas poradzi sobie lepiej!

Grzesiek, będąc już mocno wstawiony, nie mógł po prostu odmówić takiemu wyzwaniu. – Pewnie, jak tylko moja noga w pełni się zagoi, lecimy w jedną parę.

– Trzymam cię za słowo – powiedziała Majka, chwytając Grześka za dłoń z niewyobrażalną wręcz siłą.

Oczywiście, sam Grzesiek nie traktował tego wyzwania poważnie i dość szybko o nim zapomniał. Przez kolejny tydzień cieszył się po prostu spokojem i monotonią, a jego noga z dnia na dzień wydawała się być w coraz lepszym stanie.

Dwudziestego drugiego dnia pobytu na zamku Grzesiek obudził się w namiocie Majki, który zaczął już traktować prawie jak własny. Z wyjątkiem tego, że poza plecakiem nie posiadał tam więcej swoich rzeczy. Leżąc spokojnie, po raz kolejny toczył tę samą wewnętrzną walkę, by nie poprzeglądać sobie dobytku dziewczyny.

Na co liczysz? – spytał opryskliwie Pierwszy. – Nawet jeśli znalazłbyś tu jej „Złote Myśli”, w których jakimś cudem opisałaby swój ideał, raczej małe szanse, że wpisywałbyś się w ten kanon.

– O! – zawołał zaskoczony Drugi. – Patrzcie państwo kto wstał z samego rana, żeby porzucać złośliwymi uwagami. Jakim w ogóle cudem odzywasz się tak wcześnie?

– Starałem się nie tracić świadomości, bo tylko rano jesteś sam. – odparł Pierwszy z wyraźnym wyrzutem. – Wieczorem zasypiasz błyskawicznie i nie mamy nawet możliwości, omówić co dalej…– dodał, a Grzesiek poczuł jak skóra mu cierpnie na plecach.  

Mężczyzna zdawał sobie sprawę, że kończy się czas jego sielanki na zamku i nadchodzi pora na podjęcie konkretnych decyzji co do dalszej podróży. Problem w tym, że rozleniwiony nie miał na to zupełnie ochoty. – Dałbyś mi jeszcze chwilę – stwierdził błagalnie. – Moja stopa jeszcze parę dni temu przypominała upośledzoną papugę. Nie ma co jej nadwyrężać zbyt szybko...

Grzesiek – westchnął Pierwszy. – Ty wiesz, że z twoją nogą jest już dobrze. Ja wiem, że z twoją nogą jest już dobrze, a co najważniejsze, ONI wiedzą, że z twoją nogą jest już dobrze – opisał dobitnie. – Pasożytujemy na ich dobroci od ponad trzech tygodni. Zaraz wystawią nam za nią rachunek...

– Może nie – stwierdził z nadzieją Drugi. – Może naprawdę chcieli tylko pomóc?

W tym momencie Grzesiek poczuł nagłe ukłucie złości i był świadom, że coraz mocniej wyprowadza swojego towarzysza z równowagi.  – Nie bądź naiwny! – praktycznie wykrzyczał mu w głowie Pierwszy. – Pomagali ci, bo liczą, że zostaniesz! Ten parasol przyjaźni, który się nad tobą otworzył, nie był przypadkowy. Chcieli cię przywiązać do siebie i utrudnić odmowę, gdy Roman wróci ze swoją propozycją. Nie wiemy jak zareaguję, gdy okaże się, że tylko marnowali na ciebie swój czas i zasoby

Drugi jęknął zirytowany, czując jak co raz ciężej utrzymać mu nerwy na wodzy.  – Boże, udziela mi się twoja paranoja! To co mamy zrobić?

— Uciec — odpowiedział Pierwszy.

— Bez słowa podziękowania? — dopytał Grzesiek, prawie podrywając się z miejsca. — Opluwając ich dobroć? Sam pogardziłbyś sobą za coś takiego!

— Tak, ale nie jestem obecnie sobą! — zawołał Pierwszy i nagle zupełnie ucichł.

To bardzo zdziwiło Drugiego. Ich rozmowa była tak przepełniona negatywnymi emocjami, że raczej spodziewał się materializacji kompana, a nie jego nagłego zniknięcia. — Pierwszy! Co się dzieje? — spytał wystraszony. — Pierwszy! Wracaj tu! — zawołał ponownie, ale gdy i to nie dało rezultatu, postanowił użyć swojej ostatecznej broni. — Chyba kogoś trzeba tu będzie zaraz zawołać po imieniu…

Dopiero po tej groźbie poczuł, że obecność kompana powróciła, ale przy okazji zniknął cały towarzyszący mu gniew. — Ty chcesz tu zostać... — stwierdził nagle Pierwszy. — Tobie się tu podoba...

Grzesiek pokręcił głową, czując jak przepełnia go wstyd. Kłamać jednak nie było sensu, bo Pierwszy miał dostęp do jego emocji i wspomnień. — Tak! — potwierdził z goryczą. — Tak, chciałbym. Możesz się złościć, ale lubię to miejsce. Podoba mi się tu o wiele bardziej niż w Nowym Dworze czy Zwrotnicy. Tu nie jestem Drugim przybłędą z Martwego Świata ani Drugim Łowcą Dusz, którym każdy pogardza za plecami. Nie jestem Drugim zdrajcą weteranów, który sprzedał Szakala za miejsce w Zwrotnicy. Nie jestem Drugim pupilkiem Oli ani Drugim popychadłem Zbawiciela... Mam czystą kartę, a ci ludzie są naprawdę w porządku! Nie dziw się, że nie chcę stąd odchodzić.

— To zostań — zaproponował nagle Pierwszy, a Grzesiek po prostu zdębiał. W głosie mężczyzny nie było ani śladu sarkazmu czy złości, a co więcej, w umyśle, który dzielili, zapanował nagle prawdziwy spokój.

— Co to ma znaczyć? — zdziwił się Drugi.

— To, co słyszałeś — odparł mężczyzna, zaczynając tłumaczyć. — Jeszcze w Zwrotnicy mówiłem ci, że z przyjemnością odsunę się na bok, ale nie chciałeś tam zostać. Najwidoczniej to miejsce wolisz o wiele bardziej. Ja po prostu z chęcią oddam ci życie, na które zasługujesz. Jak powtarzałem ci wiele razy, mnie już naprawdę starczy…

Grzesiek po tym wywodzie od swojego przyjaciela poczuł wyrzuty sumienia tak ogromne, że aż zapiekły go w środku niczym najgorsza możliwa zgaga. Z ironią pomyślał, jak łatwo było mu odejść ze Zwrotnicy, za którą nie przepadał, ubierając to w swojej głowie jako swoiste poświęcenie. Z drugiej strony, gdy trafił do miejsca takiego jak zamek, które podobało mu się milion razy bardziej, natychmiast obudził się w nim wrodzony egoizm. Wściekły na samego siebie, chciał już powiedzieć, że bez względu na wszystko opuszczą to miejsce w tym tygodniu, ale nie zdążył, ponieważ kotarę namiotu otworzyła Majka.

— Hej! — zawołała, rozglądając się po wnętrzu. — To... z kim rozmawiałeś?

— Głośno myślałem — skłamał Grzesiek. — Co tam? Nie masz dzisiaj dyżuru w kuchni? — spytał, próbując odwrócić uwagę od swojego dziwnego zachowania.

— Niee... — stwierdziła dziewczyna przeciągle. — Dzisiaj odpuszczam. Łuki pojechał szabrować niedobitki z Chudym, więc pomyślałam, że może to ja zajmę ci rano trochę czasu. Co powiesz na śniadanie? — zaproponowała z entuzjazmem.

Grzesiek westchnął ciężko i z nieco wymuszonym uśmiechem wyszedł za Majką na zewnątrz. Po drodze do namiotu kuchennego, próbował skoncentrować myśli na planach ucieczki, aby Pierwszy zrozumiał, że nie ma już nawet mowy o pozostaniu w Czersku.

— Stało się coś? — spytała nagle Majka, spoglądając na Grześka z niepokojem.

— Nie... — odparł natychmiast, uśmiechając się sztucznie. — Skąd w ogóle ten pomysł?

— Jesteś taki milczący... — zauważyła. — Wiesz, zawsze gdy zostawaliśmy sami, ciągle o czymś mówiłeś. Myślałam czasem, że nie potrafisz zamykać ust…

Grzesiek pokręcił głową. — Po prostu nie wyspałem się... — skłamał ponownie.

Gdy dotarli do głównego ogniska i zajęli miejsce przy jednym ze stołów, szybko otrzymali dwa ogromne talerze zupy i świeżo wypieczone bułeczki. Nieco zawiedziony Grzesiek pokruszył natychmiast bułkę do talerza. – Chyba przez całe życie nie zjadłem tyle zupy, co tutaj. – stwierdził, biorąc do ręki łyżkę. – Wasze są naprawdę dobre, ale czuje, że jeszcze dwa tygodnie takiej diety i mi zęby zanikną...

– Zupy to dobry sposób na oszczędzanie i niemarnowanie żywności. – wyjaśniła Majka, również sięgając po łyżkę. – Wyobraź sobie, znajdujesz w jakimś domu trzy kilo pietruszki...

Grzesiek prychnął, bo z jakiegoś powodu znalezienie w opuszczonym domu, tak dokładnie odważonej ilości warzyw, wydało mu się wyjątkowo śmieszne.

– No co? – zapytała również rozbawiona Majka. – Czy to takie dziwne? No i masz tę pietruszkę, co z nią zrobisz?

– Wyrzucę? – spytał retorycznie Grzesiek. – Nie cierpię pietruszki...

– Właśnie! – potwierdziła dziewczyna. – Nikt nie lubi pietruszki, ale wyrzucić to przecież szkoda. To przecież jedzenie. Ten zamek nie raz głodował, a marnowanie jedzenia jest tu uważane za największą hańbę. Ale co zrobić z tą nieszczęsną pietruszką? – spytała, rozglądając się po stołach. – Zobacz, ile osób jest tu do wykarmienia! Załóżmy, że zostało kilka konserw, worek pietruszki, trochę cebuli i ziemniaków. Co z tym zrobić? Jak podzielić? Jednemu dasz puszkę, a drugiemu pietruszkę?

Tym razem Grzesiek po prostu ryknął śmiechem. – Dobra, przyznaj się! Ten rym planowałaś już wcześniej...

– Cicho, to spontanicznie wyszło... – powiedziała Majka, machając ręką. – Ale wracając do tematu. Sprawiedliwy podział to dać każdemu po łyżce konserwy, dupkę od pietruszki, trzy plasterki cebuli i ugotowanego ziemniaka. Ani to smaczne, ani pożywne! Brzmi nawet trochę jak rodzaj tortury! Ale wrzuć to wszystko do kotła, dodaj przyprawy, i każdy nie tylko się naje, ale jeszcze będzie zadowolony.

— Tu mam pewien problem! — wtrącił Grzesiek. — Od trzech tygodni jem wasze zupy i wiem, że są na mięsie! Ale ani razu mięsa nie trafiłem! A nie pytaj, ile pietruszki połknąłem, myśląc, że to ugotowany ziemniak... Przyznajcie, mięso jest tu tylko dla wybranych!

— A chciałbyś kawałek? — spytała nagle dziewczyna, rzucając wyzywające spojrzenie na Grześka.

Ten słysząc propozycję, aż przełknął ślinę z nadzieją. — Czułbym, że trochę wykorzystuję waszą gościnność, ale nie ukrywam, że chętnie ją wykorzystam.

Majka chwyciła talerz Grześka i ruszyła w stronę namiotu kuchennego, gdzie obsługiwała Karolina. Dziewczyny przez chwilę dyskutowały dość żarliwie, a ściśnięte usta Karoliny świadczyły, że nie jest zadowolona z prośby, którą usłyszała. Mimo to uchyliła pokrywę jednego z wielkich garnków i wrzuciła do talerza spory kawałek mięsa.

Majka wróciła do Grześka po chwili i postawiła jedzenie na blacie. — Smacznego! — zawołała raźno.

— Dzięki! — odparł Drugi i po prostu rzucił się na talerz. Mięso było co prawda mocno wygotowane i trudno było nawet wyczuć jego smak, ale sam fakt, że mógł coś pogryźć, był dla niego ekstazą.

Majka, obserwując go, wydawała się naprawdę zadowolona. Czyżby polubiła go na tyle, że cieszyła się z małej przyjemności, jaką mu sprawiła? Grzesiek zdecydowanie chciałby, aby to była prawda.

— To co dalej? — spytał, wciąż żując mięso.— Idziemy na twoją strzelnicę?

— Niee… — stwierdziła dziewczyna. — Dzisiaj chyba sobie odpuszczę.  Ale skoro z twoją nogą jest już dobrze, to może oprowadzę cię po zamku? Przecież od początku pobytu jeszcze ani razu nie byłeś na szczycie! Nawet nie wiesz, jaki piękny widok jest stamtąd na okolicę…

— W sumie czemu nie! — zawołał Drugi z ustami pełnymi mięsa, chwilowo zupełnie odpuszczając myśli o ucieczce. — Nawet w Starym Świecie nie miałem okazji pozwiedzać takich miejsc.

— To co ty zwiedzałeś? — spytała Majka.

— Kluby w Warszawie… — odparł ze wstydem.

Śniadanie mocno się przeciągnęło, ale Drugi nie chciał zostawić nawet kawałka ofiarowanego mu prezentu. Majka poczekała jednak cierpliwie, a potem ruszyli na wspólną wycieczkę po murach.

Jeszcze po drodze w głowie Grześka ułożył się sprytny plan, i gdy tylko zbliżyli się do schodów, udał, że pokonywanie stopni sprawia mu ogromną trudność. Majka zgodnie z oczekiwaniem wsparła go, łapiąc pod ramię, i tak w opinii Grześka przełamała się między nimi pierwsza bariera fizycznego kontaktu. Oczywiście, w normalnych warunkach byłby to dopiero wstęp do całego szeregu działań, które miały na celu uwiedzenie dziewczyny, ale cichy głos w środku (o dziwo nie ten należący do Pierwszego) podpowiadał, że nie powinien. Majka ewidentnie go polubiła, a on sam zaczął niechętnie dochodzić do tego, że chyba nie potrafiłby jej po prostu wykorzystać.

Wtedy Grzesiek poczuł coś dziwnego. Noga dziewczyny ocierała się o jego nogę. Oczywiście, pomagała mu wchodzić po schodach, więc nie byłoby to aż tak dziwne. Gdyby nie to, że z każdym krokiem ocierała się coraz mocniej i czasem nawet zbyt długo. Najpierw Grzesiek pomyślał, że po prostu coś sobie ubzdurał, ale to powtarzało się przez całą drogę na górę. Gdy byli już u szczytu schodów, Majka obróciła się w jego stronę i spojrzała na niego tak, że aż zrobiło mu się duszno.

Grzesiek poczuł, jak coś w środku zaczyna drgać mu z nerwów. Czy on był właśnie uwodzony? Jak? Dlaczego? Zwykle działało to w drugą stronę i musiało być o wiele bardziej subtelne, a ona po prostu… Po prostu odwróciła jego plan przeciw niemu samemu… Czy ona grała w jego grę? Spoglądając, jak dziewczyna przechodzi powoli za drzwi, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że całe jej ciało znikało w ciemności zbyt wolno. Jakby chciała dać mu czas, by napatrzył się temu płynnemu ruchowi.

Grzesiek podążył za Majką, a kolejne schody okazały się już o wiele węższe. Dziewczyna czekała na niego, siedząc na pierwszym stopniu. — Tu już nie mogę ci pomóc... — wyszeptała, nie spuszczając z niego wzroku. — Pytanie, czy chcesz iść za mną na dalej...

Zanim zdążył się ruszyć, Majka powoli podniosła się i ruszyła w górę schodów. Grzesiek, nie zastanawiając się długo, popędził za nią, najszybciej jak tylko mógł.

Dziewczyna czekała na niego w drzwiach komnaty, w której obudził się, gdy po raz pierwszy przyniesiono go do zamku. Blokując przejście, opuściła delikatnie głowę. — Żeby tu wejść, trzeba zapłacić... — powiedziała cicho i spojrzała na Grześka spod grzywki.

Ten, był już tak nakręcony emocjami, że nie potrafił się powstrzymać. Po prostu podniósł jej brodę i złączył się z nią w długim, przyjemnym pocałunku.

— Opłata została przyjęta. Możesz wejść... — stwierdziła Majka, cofając się i jednocześnie oblizując wargi.

Gdy tylko Grzesiek przekroczył próg komnaty, ta złapała go i przyciągnęła do siebie z niezwykłą jak na kobietę siłą. — Nie wiem tylko, co zrobisz, żebym chciała cię stąd wypuścić...

***

Grzesiek leżał na kocu, a w kominku dogasały ostatnie kawałki drewna. Do jego piersi przytulona była Majka, która w tym spokojnym świetle przypominała posąg greckiej bogini. Jej ciało, teraz nie skryte pod ubraniami, było dla niego źródłem nieskrywanego zachwytu, którym próbował napawać się jak tylko mógł. Delikatne piersi, silne nogi i ramiona, wszystko idealnie komponowało się w harmonijną całość.

— Usnęłaś? — spytał, delikatnie głaszcząc dziewczynę po głowie.

— Byłoby dla ciebie lepiej — odpowiedziała zadziornie Majka. — Bo jak nie śpię, to dalej myślę, czy już możemy… — mówiąc to, przesunęła swoją nogę po Grześku, ale on tylko odetchnął głęboko.

— Musisz mi dać jeszcze chwilę… — stwierdził, obejmując dziewczynę pod plecy. — Potem możemy tu zostać nawet na całą noc…

Tym razem to Majka odetchnęła ciężko, a Grzesiek poczuł, że jej reakcja na te propozycję nie była zbyt entuzjastyczna. — Stało się coś? — zapytał nieco wystraszony, że może już coś zepsuł.

— Łuki niedługo wróci… — stwierdziła Majka, co natychmiast zaalarmowało Grześka.

— Przecież wy nie jesteście razem? Prawda? — dopytał, zastanawiając się, czy jednak czegoś nie przeoczył.

Zważywszy na to jak potężny był Łuki i jak dobrze wymachiwał mieczem, Grzesiek zdecydowanie wolał aby nie doszło tu do jakiegoś „nieporozumienia”. Na szczęście Majka rozwiała jego obawy, bo siadając na kocu rzuciła pewne. — Nie jesteśmy! — dodając jednak po chwili. — Ale on jest o mnie cholernie zazdrosny. Nie chcę, aby był przeciwko tobie. Zwłaszcza teraz…

— To znaczy? — spytał Grzesiek, coraz bardziej zaintrygowany.

Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Najpierw podniosła się i przeszła po pokoju w poszukiwaniu butelki z wodą, dając tym samym Grześkowi odrobinę czasu na dalsze podziwianie jej nagości. — Wiesz, że już od długiego czasu nie przyjęliśmy tutaj nikogo na stałe? — rzuciła, wracając na koc z butelką w ręku. Po wzięciu kilku łyków, spojrzała w stronę okna z dziwnym błyskiem w oku. — Ten zamek jest zbudowany na kruchych fundamentach. — westchnęła. — Nasza społeczność jest ogromna, a wszystko, co gromadzimy podczas Festiwalu Życia, szybko znika. W gorszych miesiącach, gdy festiwale są rzadsze, z wszystkim jest problem, oprócz wody. Dlatego nikt nowy od dawna tu nie został.  Ale Roman chce zrobić dla ciebie wyjątek...

— Wyjątek? — spytał zaskoczony Grzesiek. — Dla mnie? Niby czemu?

Majka uśmiechnęła się, podając mu wodę. — Bo widać, że zrobisz wszystko, aby przetrwać — oznajmiła, obserwując, jak z ulgą gasi pragnienie. — Zostałeś zaskoczony, ale nie dałeś się złapać. Ukradłeś Łowcy samochód, byłeś gotów walczyć, byle tylko przeżyć. Nie poddałeś się, mimo że sytuacja była beznadziejna. I najważniejsze...

— Co najważniejsze? — przerwał Grzesiek.

— Byłeś gotów skakać na jednej nodze do granicy miasta, byle tylko nie skorzystać z pomocy — wyjaśniła Majka. — Masz w sobie siłę. Potrzebujemy takich ludzi, aby nasza społeczność mogła przetrwać.

— A co ma do tego Łuki? — dopytywał dalej Grzesiek, zastanawiając się, gdzie może czaić się zagrożenie.

Majka zmarszczyła czoło. Widać było po jej minie, że mówienie w negatywny sposób o swoim przyjacielu nie przychodziło jej łatwo. — Na twoje pozostanie tutaj zgodę musi wyrazić większość ogniskowej rady, nie tylko Roman. Dowiedziałam się pokątnie, że masz już jeden mocny głos za i jeden przeciw. Większość nie podjęła jeszcze decyzji, ale Łuki na razie jest za twoim pozostaniem. Chyba że dowie się, co działo się dziś w tej komnacie...

— Ktokolwiek z odrobiną przyzwoitości, dowiadując się, co zaszło w tej komnacie, kazałby nas wygnać z tego zamku — zażartował Grzesiek, a Majka uśmiechnęła się.

— Mamy chyba jeszcze chwilę, zanim ktokolwiek się zorientuje, jakie nieprzyzwoitości się tutaj dzieją. — stwierdziła dziewczyna, podsuwając Grześkowi swoją stopkę.

Ten chwycił ją i całując wyszeptał. — Więc ukradnijmy, jeszcze trochę czasu, wszystkim, którzy chcą go nam zabrać…

***

Grzesiek siedział samotnie na murze zamku, obserwując, jak niebo powoli przechodziło w coraz głębsze odcienie fioletu. Majka poszła już na wieczorny dyżur do kuchni, a Łuki jeszcze nie wrócił z wyprawy szabrowniczej. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pozostał więc sam na tak długo. — Ciekawe…— wyszeptał, zastanawiając się nad głosowaniem, jakie miało odbyć się w jego sprawie.

Ten zdecydowany głos na "tak", bez wątpienia należał do Romana. To w końcu on wysunął myśl, że Grzesiek powinien zostać przyjęty do społeczności. Tylko kto głosował przeciw niemu? Zdążył już komuś narazić się tak bardzo? Nie wiedząc czemu, przyszła mu do głowy Karolina. Wydawała się ona strasznie pragmatyczna i pewnie traktowała go jako niepewne źródło do inwestowania ich zapasów. Miał też wrażenie, że gdy mijali się gdzieś na dziedzińcu, kobieta rzucała mu wyjątkowo niechętne spojrzenia. Z Marcinem, Jakubem i Chudym Dawidem, którzy bez wątpienia również należeli do rady, nie miał aż tak wiele styczności, ale nie wydawali się odnosić do niego wrogo. Za to na pewno byli oni mocno związani z Łukim. Czyżby tego bała się Majka? Że gdyby chłopak dowiedział się o tym, co się wydarzyło, przekonałby swoich kumpli, żeby zagłosowali przeciw Grześkowi?

— Jakie to ma znaczenie! — wyrzucił z irytacją. Przecież do końca tygodnia już go tutaj nie będzie, zostawi za sobą to wszystko, i żadne głosowanie nie będzie miało znaczenia.

Wtedy do głowy Grześka przyszła pewna myśl, że może powinien porozmawiać z Majką? Może jeszcze raz zrobić coś nieprzyzwoitego na pożegnanie? Gdy o tym pomyślał, poczuł coś, czego nie czuł jeszcze nigdy w tym kontekście. Obrzydzenie do samego siebie! Zbliżenie z Majką było wspaniałe, ale nie dlatego, że była piękna. Tak naprawdę w żadnym względzie nie wpisywała się w jego ideał kobiecości. Ona po prostu była wspaniała, jako ona. Do Grześka dotarło nagle coś, czego nie pomyślał jeszcze o żadnej swojej wcześniejszej partnerce. Mógłby więcej się z nią nie kochać, byle tylko nie musieć się z nią żegnać…

W tym momencie do jego uszu dobiegł nagle odgłos klaskania. Zaskoczony, spojrzał w bok i prawie zleciał z muru, widząc postać, która niespodziewanie pojawiła się obok niego.

Więc w końcu ci się udało... — stwierdził Pierwszy. — Cieszę się twoim szczęściem...

— O czym ty do cholery mówisz! — zawołał Drugi. — I dlaczego tu jesteś? Dlaczego widzę cię w całości...

Bo czujesz w tym momencie jedno z najpotężniejszych i najstraszniejszych uczuć, jakie można czuć. — odparł mężczyzna, spoglądając jak ojciec na dorastającego syna. — Zakochałeś się...

— NIE! — zawołał Drugi, czerwieniąc się jak dziecko. — Co ty w ogóle mówisz? Zakochanie wcale tak nie wygląda. To jest wtedy, jak na jej widok masz motyle w brzuchu, a fallus po prostu ci...

Pierwszy przerwał mu natychmiast, praktycznie zatykając twarz ręką. — Zamilcz do ciężkiej cholery i nie psuj najlepszego momentu swojego życia głupimi stwierdzeniami. To, co teraz opisywałeś, to była jakieś nastoletnia choroba, a nie prawdziwe uczucie...

— Znawca się znalazł... — prychnął Drugi, krzyżując ręce na piersi.

Może nie znawca... — odparł Pierwszy. — Ale przed chwilą pomyślałeś o tym, że mógłbyś nigdy więcej nie... — tu mężczyzna wziął głęboki oddech. — Byleby tylko się z nią nie żegnać. A czemu nie chcesz się z nią żegnać? — spytał, spoglądając na Grześka badawczo.

— Bo mi będzie smutno, bo fajna z niej dziewczyna... — odparł bez namysłu Drugi, ale Pierwszy wciąż wpatrywał się w niego, aż ten przyznał w końcu. — Dobra, bo nie chcę jej sprawiać przykrości. Bo widzę, jak bardzo zależy jej, żebym został. Bo mam wrażenie, że to nie był dla niej tylko przygodny seks, ale ona chyba też coś do mnie poczuła...

Pierwszy uśmiechnął się i spojrzał przez chwilę w dal. — Moment, w którym uświadamiasz sobie, że najważniejsze to nie posiąść kogoś, a chcieć, by ten ktoś był po prostu szczęśliwy, jest momentem, w którym odczuwasz najbardziej szlachetną i dojrzałą miłość, jaką tylko można. Dumny z ciebie jestem, że w końcu do tego dorosłeś.

— Tak tylko co z tego... — prychnął Grzesiek, czując jak kolejne słowa stają mu goryczą w gardle — W tym tygodniu opuszczamy to miejsce.

— Powiedziałem ci już, że nie musimy nigdzie uciekać! — zaprotestował Pierwszy. — A tym bardziej teraz. Naprawdę nie jest mi źle u ciebie w głowie...

— Nie pieprz głupot. — fuknął Grzesiek, ale ciężko było mu ukryć, że myśl o pozostaniu nagle stała się dla niego czymś, czemu nie mógł się oprzeć. — Nie mam zamiaru czekać, aż umrzesz.

Pierwszy pokręcił głową i podsunął się do Grześka, tak, że prawie stykali się twarzami. — Spójrz mi w oczy i powiedz, że Nowy Dwór nie był tylko płonną nadzieją. Sam powiedz, jakie były szanse, że nawet gdybyśmy tam dotarli, to uzyskalibyśmy pomoc, a nie kulkę w łeb?

— Ale... — chciał już wtrącić Grzesiek, tylko że Pierwszy nie dał mu dojść do słowa.

— Dobrze wiesz, że sam w to nie wierzyłeś. Pamiętaj, że mnie nie okłamiesz. W momencie, gdy wyruszaliśmy, robiłeś po prostu to, co robisz zawsze! Wypierałeś to, że może ci się nie udać. Natomiast wiary w to, że się uda, sam od początku nie miałeś...

— Ale... — zaczął jeszcze raz Grzesiek. — Jeśli tu zostanę, to tak, jakbym się poddał... poddał w walce o ciebie.

Pierwszy pokręcił głową. — Ja tego tak nie traktuję. — stwierdził pewnie. — Pomyśl, że to miasto odwiedza masa ludzi z różnych części świata. Mają tu częste błyski, pewnie masę błędów. Może znajdziemy sposób... — Grzesiek, słysząc to, nie był wciąż przekonany, ale wtedy jego kompan powiedział coś, co po prostu odjęło mu mowę. — Co najważniejsze, ja też już nie chcę stąd odchodzić, bo ja... ja... też jakby coś czuje do niej…

— Co? — spytał zaskoczony Drugi. — Przecież ty…

— To oczywiście twoje odczucie... — wyjaśnił natychmiast Pierwszy, z pewną odrazą w głosie — Ale jest tak silne, że mam wrażenie, jakbym sam się w niej zakochał. I wiesz co? Nie pozwoliłbym ci stąd odejść, wiedząc, że to by ją zasmuciło.

— Wow. — odetchnął Drugi. — To nie jest coś, czego spodziewałbym się od ciebie usłyszeć... — stwierdził, dodając po chwili. — Wiesz, ja chyba nie jestem na razie w stanie podjąć logicznej decyzji. To wszystko stało się za szybko i nagle. Może, założymy na razie, że po prostu damy sobie więcej czasu?

— Tak czy inaczej, na razie tu zostajemy. — stwierdził Pierwszy. — Może postaraj się teraz nie zawalić tego głosowania?

Grzesiek pokiwał głową, chociaż wciąż czuł się mocno rozdarty, zwłaszcza po tym, co usłyszał wcześniej. — Wiesz, że większość swojego życia myślałem, że po prostu nie jestem zdolny do odczuwania uczuć wyższych? — spytał retorycznie, a Pierwszy słuchał go z wyraźnym skupieniem. — Widywałem zakochanych, ludzi. Takich, którzy mogli spędzać godziny, po prostu patrząc na siebie albo czerpać przyjemność z przebywania we własnym towarzystwie. Sam jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym kiedykolwiek poczuć coś podobnego. Dla mnie szczytem emocjonalnym było takie przywiązanie do kobiety, że zamiast po prostu ewakuować się cichaczem, rozstawałem się z nią jak człowiek. Co najśmieszniejsze, Majka nie jest nawet najładniejszą dziewczyną, jaką widziałem. Nie umywa się do Jezz, a do tego trochę przeraża mnie to, że jej biceps jest pewnie większy od mojego… Tylko, że przebywając z nią, czuję, że naprawdę mógłbym czerpać przyjemność z samego bycia obok niej… Ja nie wiem, co dalej… Ja nigdy nie byłem w takiej sytuacji… Jak to się w ogóle mogło stać?

Pierwszy wzruszył ramionami, spoglądając na ludzi chodzących po dziedzińcu. —Tego nikt chyba nie wie... — podsumował smętnie. — Sam nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie zrozumiałem, że to nie sesje wpływały na mnie lepiej, a po prostu fakt, że mogłem spotkać się i porozmawiać z Agnieszką…

—Czyli jednak? — spytał Grzesiek. — Ty ją…

— To było dawno temu… — przerwał Pierwszy. — I dawno już minęło. Różnica była taka, że ja nigdy nie miałem szansy, by skończyło się to szczęśliwie. Agnieszka miała męża i dziecko, a Majka jest sama i do tego zależy jej na tobie…

Grzesiek skinął głową i spojrzał w stronę namiotu kuchennego, gdzie Majka przygotowywała kolację. — I co teraz? — spytał. — Jak tego nie zepsuć?

Pierwszy zamyślił się przez dłuższą chwilę. — Może jej nie okłamuj? Chyba jeśli zbliżycie się do siebie, warto by było, żeby dowiedziała się kim jesteś i czego tak naprawdę szukałeś w Martwym Świecie…

— Pomyślę o tym...—   stwierdził Drugi. — Chociaż nie wiem, jak wyjaśnię jej, że jestem dwoma osobami w jednej osobie...

Pierwszy prychnął pod nosem i chciał już to skomentować, ale nagły blask sprawił, że mężczyzna po prostu zniknął. Nie minęła chwila, a uszy Grześka zaczął świdrować narastający gwizd. Nie było wątpliwości, właśnie zbliżał się kolejny Błysk. — Cholera jasna!  — zawołał, podrywając się na równe nogi.

Utrata przytomności gdzieś na murach była cholernie niebezpieczna. Pośpiesznie ruszył więc w stronę schodów i jak tylko mógł najszybciej, zbiegł po nich na dół. Na dziedzińcu trwał już typowy przedbłyskowy chaos. Ludzie w większości porzucali to, co robili, i pędzili do swoich namiotów, ale pojedyncze osoby po prostu kładły się na stołach albo ławkach.

Gdy Grzesiek dobiegł do swojego schronienia, przed wejściem czekała na niego Majka. Chwilę przed tym jak ją zobaczył uderzył kolejny przedbłysk, a gwizd w uszach zagłuszał już niemal wszystko.

— Dawaj do mnie!—   zawołała dziewczyna z jakiegoś powodu ogromnie podekscytowana.

— To za daleko! Spadniemy z murów! — zaprotestował Grzesiek, ale Majka albo nie usłyszała jego sprzeciwu, albo po prostu go zignorowała, bo ruszyła w stronę wieży. Nie mając czasu na zastanowienie, popędził za nią co sił w nogach, ale z każdą sekundą miał coraz większe wątpliwości, że uda im się zdążyć.

Gwizd rozrywał mu czaszkę, a cała ziemia pod zamkiem zdawała się drżeć. Oprócz nich, praktycznie wszyscy byli już ukryci w namiotach albo po prostu leżeli, czekając na kulminację.

Majka wpadła na ceglane schody, a Grzesiek pędził krok za nią. Serce waliło mu jak szalone, bo gdyby teraz stracili przytomność, złamanie byłoby najszczęśliwszym wyrokiem losu. Na szczęście, nim doszło do kulminacji, wpadli na mury, a potem na schody wewnątrz wieży. Gdyby Błysnęło w tym miejscu, co najwyżej mocno by się poobijali. Finalnie jednak udało im się dostać do komnaty i już po chwili leżeli na podłodze, przykryci grubym kocem.

— Świetnie się złożyło! — wykrzyczała Majka, wprost do ucha Grześka. — Kolejny festiwal będzie jeszcze przed głosowaniem! Masz super okazję, żeby się pokazać!!! — dodała, po czym pocałowała go w kark.

Nim Grzesiek zdążył jej odpowiedzieć, pojawił się Błysk i oboje stracili przytomność.

***

Grzesiek obudził się cały odrętwiały, ale tym razem nie miał ochoty rozłupać sobie czaski o podłogę. Wiedział, że musi tylko poczekać, aż Majka przyniesie butelkę z kwaśnicą, i zaraz cała ta agonia się skończy. Przekręcił się powoli na kocu i natychmiast usłyszał nad sobą głos dziewczyny.

— Wróciłeś! — zawołała pełna wigoru, co świadczyło, że kurację miejscowym specyfikiem miała już za sobą. Oczywiście nie do pominięcia był też fakt, że kobiety po prostu znacznie lepiej znosiły Błysk od mężczyzn.

Majka rozsiadła się obok Grześka i podała mu butelkę z kwaśnicą. Ten zatkał nos, by przytępić nieco jej obrzydliwy smak i wmusił w siebie kilka łyków, po czym legł z powrotem na podłodze. Dziewczyna ułożyła się przy nim, głaszcząc go po głowie, aż ten nie wrócił do siebie. Działanie kwaśnicy było po prostu niesamowite; Grzesiek właściwie czuł, jak z każdą minutą robi mu się coraz lepiej, i już po kwadransie miał wrażenie, jakby Błysku wcale nie było.

— Ten środek to prawdziwe cudo... — stwierdził podnosząc się powoli i biorąc z sentymentem butelkę do ręki.

Wyraźnie zadowolona Majka również wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy z komnaty. — Pośpieszmy się! — rzuciła, zakładając podróżny plecak i zgarniając kołczan pełen strzał. — Roman zaraz ogłosi początek festiwalu...

Nieco zaskoczony Drugi wyjrzał przez okno i zobaczył, że jest środek nocy. Co w sumie nie było dziwne, bo Błysk nastąpił już późnym wieczorem. — Teraz? — spytał mocno zdzwiony. — Przecież nic nie będzie widać...

— Mamy sporo latarek! — oznajmiła dziarsko Majka, świecąc jedną prosto w twarz Grześka. — Zresztą to bardzo ważne, aby zacząć jak najszybciej. Jeśli nie wejdziemy do miasta, potwory w ciągu dwóch, trzech godzin zbiorą się w większe grupy. Nie wiem, czy wiedziałeś, ale zaraz po świetle też są nieco otępiałe. To da nam przewagę!

— Ok, ok... — potwierdził Grzesiek. — To znaczy, że idziemy razem? Tak? — dopytał chcąc jasno określić zamiary dziewczyny.

— Mam to chyba obiecane od ostatniego festiwalu! — stwierdziła Majka i klękając obok Grześka, pocałowała go w usta. — Jakbyśmy zgarnęli jakąś nagrodę, to raczej nikt nie będzie miał wątpliwości, że powinieneś zostać.

Grzesiek przytaknął, uświadamiając sobie jeden ważny szczegół. — Potrzebuję broni!

— Zorganizuję ci coś na dole! Chodźmy! — zawołała Majka i praktycznie wypchnęła go z komnaty.

Wychodząc na mury, Grzesiek zauważył, że mimo późnej pory nikt nie myślał o odpoczynku. Wszyscy z pełną pompą i zaangażowaniem, przygotowywali się do festiwalu. Wszędzie błyskały światła latarek, a gromady ludzi rozpalały przydomowe paleniska oraz główny ogień na placu. Jedną z dziwactw błysku było to, że gasił on wszelkie płomienie, pracują silniki i wyłączał urządzenia elektryczne. Ponowne rozpalanie ognia, traktowano jednak, jako część całej celebracji i wszyscy wydawali się wykonywać te w sumie dość mozolną czynność z radością. Już schodząc na dół Drugi zobaczył jak młodzież z zamku przenosiła stoły bliżej centrum, a kilku starszych mężczyzn dźwigało ogromne bańki pełne bimbru. Główne ognisko zaczęło płonąć bardzo szybko i plac rozświetlił się jego przyjemnym blaskiem.

Nim Grzesiek i Majka dotarli do serca wydarzenia, z radiowęzła popłynęły już dźwięki biesiadnych melodii, dodając jeszcze więcej radości samym przygotowaniom. Roman, w asyście pomocników, rozkładał składane podium, które miało mu posłużyć za miejsce do wygłoszenia przemowy. Z kolei ochotnicy na rajd do Góry Kalwarii formowali już pierwsze pary, gotowi do nocnej przygody.

Grzesiek zauważył, że Majka wyraźnie ekscytowała się nadchodzącym wydarzeniem, ale jej emocje dzieliła cała społeczność. Festiwal był tu traktowany jako wyjątkowa uroczystość.

Przy ognisku nagle pojawił się Łukasz w towarzystwie Chudego Dawida. Musieli napotkać błysk jeszcze poza murami, ponieważ obaj byli tak czerwoni i zdyszani, jakby biegli od co najmniej kilku minut.  Chłopak, zauważywszy Majkę i Grześka, pomachał do nich i podszedł, kręcąc głową.— Ech, co za pech! Cały dzień jestem na nogach, a teraz jeszcze festiwal! Nie wiem jak my tym razem coś ugramy…— stwierdził, kładąc rękę na ramieniu Majki.

Dziewczyna szybko mu się jednak wyślizgnęła, stając obok Grześka. — Łuki, tym razem idę w parze z Drugim. To jego pierwszy festiwal i chcę mieć na niego oko…

— A…ok…— stwierdził wyraźnie zawiedziony Łukasz, uśmiechając się sztucznie. — No trudno, w takim układzie znajdę kogoś innego… Chudy! Idziesz ze mną?

— Nie…ma…kurwa…szans…— wysapał mężczyzna, wyczerpany kładąc się na ziemi obok ogniska. — Ja dziś już tylko świętuje…

— Szkoda… — wyszeptał Łuki rozglądając się za kolejnym kandydatem, gdy nagle przy ognisku zaczęło się poruszenie.

Roman wszedł na podium, a mieszkańcy zaczęli się gromadzić, by wysłuchać jego przemowy, która otwierała festiwal. – Przyjaciele! – zawołał. – Mieszkańcy naszej społeczności, członkowie Rady Ogniskowej Bastylia, a także podróżnicy odwiedzający nas obecnie... – jego wzrok spoczął oczywiście na Drugim. – Oficjalnie otwieramy dwusetny osiemnasty Festiwal Życia, ciesząc się, że nie musieliśmy długo czekać na kolejny. Ostatnie festiwale nie były dla nas łaskawe, przynosząc więcej zabitych potworów niż zgromadzonej żywności. Dlatego wspólnie z Radą Ogniskową zmieniliśmy podział wartości nagród. Tak więc... – mężczyzna sięgnął do skrzyni obok siebie. – Dla pary, która zabije najwięcej potworów, przeznaczona jest na tym festiwalu moja osobista zdobycz. Nie wiem dlaczego uznana, za najmniej wartościową… – po tych słowach mężczyzna wyjął ogromną, niemal pięciolitrową butelkę whisky, co wywołało ogromny aplauz wśród części zgromadzonych. – Następnie, dla pary, która przyniesie naprawdę wyjątkowy skarb ze Starego Świata, przewidziany jest inny skarb, wykonany przez naszą grupę rzemieślniczą. – w tym momencie Roman ukłonił się w stronę kilku mężczyzn z licznymi śladami oparzeń na rękach. – Ten oto sztucer, dwadzieścia sztuk amunicji, plus obietnica od naszych chłopaków, że będzie jej więcej. – Roman odłożył sztucer do skrzyni i rozejrzał się po zgromadzonych. – I teraz Grande Finale! Nagroda za to, co obecnie uważamy za najcenniejsze. Para, która zdobędzie największe zapasy, zostanie na stałe włączona do Rady Ogniskowej! Lub, jeśli już jest w radzie, będzie mogła bez prawa sprzeciwu wybrać kolejnego jej członka. – w tym momencie Majka otworzyła szeroko oczy, ale jej radość szybko zgasła, gdy Roman dodał: – Oczywiście, osoba ta musi być już członkiem naszej społeczności...

— Cholera…— westchnęła Majka. — No, ale nic straconego. Jak ogarniemy, którąkolwiek nagrodę twoje szanse mocno wzrosną. Idziemy się zapisać…

 



232 wyświetlenia2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

2 commentaires


Zakończone w takim momencie! No i kto by pomyślał że Pierwszego eksmitowal pocałunek prawdziwej miłości. Księżniczka Disneya :)

J'aime

Pierwszy;) Taka gra słów:P

J'aime
bottom of page