top of page

Echa Martwego Świata VII - Unicestwienie


Rozdział VII - Unicestwienie
.pdf
Pobierz PDF • 891KB

Rozdział VII - Unicestwienie
.docx
Pobierz DOCX • 617KB


Grzesiek wracał powoli do świadomości, rozciągając się przy tym na metalowym łóżku. Kiedy tylko otworzył szczypiące oczy okazało się, leżał dokładnie w tym samym pomieszczeniu, w którym obudził się, gdy po raz pierwszy został przyniesiony do zamku. Okrągły pokój znajdujący się mniej więcej w połowie głównej wieży, zdążył od tego czasu przejść całkowitą metamorfozę. Początkowo służył on jako tymczasowe mieszkanie dla Majki i przez długi czas był wypełniony jej osobistymi rzeczami. Kiedy dziewczyna zamieszkała razem z nim, opuszczone pomieszczenie zostało przekształcone w prowizoryczny punkt opatrunkowy. Wnętrze wzbogaciło się więc o dodatkowe łóżka i nieco sprzętu medycznego. Dotychczasowu odór wilgoci, charakterystyczny dla większości pomieszczeń zamku, zastąpił teraz intensywny, choć nieco duszący aromat antyseptyków.

Lokalizacja miejsca dla rannych i chorych na piętrze wieży wydała się Grześkowi dość nietypowa. Sam dobrze pamiętał, jak uciążliwe, nawet dla osoby w pełni sprawnej, było pokonywanie stromych i krętych schodów. Mimo to, włodarze zamku musieli mieć swoje powody, aby zdecydować się na taki krok. Możliwe, że kluczową rolę odgrywało tu bezpieczeństwo — wieża bez wątpienia stanowiła najtrudniejszy do zdobycia punkt w całej twierdzy. Z drugiej strony, mury obronne chroniły przecież dziedziniec niemal równie skutecznie. Czy więc nie wygodniej było by wydzielić po prostu jakiś medyczny namiot na dziedzińcu?

Grzesiek nie zastanawiał się nad tą kwestią zbyt długo, bo gdy tylko podniósł głowę, dostrzegł, że nie jest w pomieszczeniu sam. Tuż obok niego, na niskim i niezbyt wygodnym krześle, drzemała Majka. Dziewczyna, za pewne czuwała przy nim przez cały czas, a jej dłoń, choć już bezwładnie wciąż spoczywała spleciona z jego palcami. Ten niepozorny gest wydał mu się tak czuły, że przez chwilę zapomniał nawet o dyskomforcie, jaki odczuwał. Chociaż Grzesiek nie został ranny w dosłownym tego słowa znaczeniu, jego ciało było wręcz skrajnie wyczerpane. Miał wrażenie, jakby został zmuszony przebiec maraton, który okazał się być zdecydowanie ponad jego siły. Poza tym nie odczuwał jednak żadnego konkretnego bólu czy urazu w organizmie. Nawet okolice jego szyi, które przed przejęciem kontroli przez Pierwszego, zostały mocno nadszarpnięte przez Eremefa, wydawały się być teraz w jak najlepszej formie.

Oceniając swój stan, Grzesiek stwierdził, że właściwie nie było powodu, aby zabierać go do wieży czy brać pod jakąś szczególną obserwacje. Spokojnie mógł dojść do siebie w namiocie i to bez opieki lekarza. Nie mówiąc już o tym, że jego omdlenie wywołało coś, zdecydowanie wykraczającego poza dziedziny jajkiejkolwiek zwyczajnej medycny. Nie miał natomiast wątpliwości, że to Majka, wymusiła na Michale, aby wziął go pod opiekę. Chociaż było to zupełnie niepotrzebne, wydało mu się przy tym naprawdę miłe. Nie mogąc powstrzymać przypływu uczuć, położył swoją wolną rękę na głowie dziewczyny i przeczesał palcami jej zmierzwione włosy. Mimo że starał się być przy tym naprawdę delikatny, jego ukochana i tak się przebudziła.

Otwierając oczy i dostrzegając, że Grzesiek jest przytomny, twarz dziewczyny rozjaśniła się natychmiast. Zanim zdążył zareagować, oplotła go ramionami i ścisnęła z taką siłą, jakby chciała połamać mu wszystkie żebra. — Boże… Jak dobrze, że wróciłeś…— wyszeptała z wyraźną ulgą.

— Hej! Nie myślałaś chyba, że tak łatwo się mnie pozbędziesz... — wydusił, ledwo otrząsając się z tego mocarnego, ale miłego powitania wśród żywych. — A ty jak się czujesz? — spytał natychmiast przejęty, dotykając jednocześnie twarzy dziewczyny. — Nie pamiętam dokłanie wszystkiego co się działo po przemianie… Ten skurwiel nie zrobił ci krzywdy?

Majka pokręciła głową i ponownie wtuliła się w niego, tym razem niemal przebijając przez twarde łóżko. Grzesiek gdy tylko dał radę złapać oddech, zaczął dopytywać o to, co działo się podczas jego nieświadomości. — W ogóle, ile czasu już tu jesteśmy? Co z Białym Sercem?

Majka, wypuściła go w końcu z objęć i prostując się na krześle, popatrzyła w stronę drzwi. Grzesiek, miał teraz okazję przyjrzeć się jej uważnie, bo padł na nią blask stojącej w rogu lampy. Twarz dziewczyny była mocno obtarta, a przy ustach i szyi zobaczył liczne sine ślady. Chociaż nie wyglądało to dobrze, to i tak odetchnął z ulgą, że jego ukochanej nie stało się nic poważniejszego. Nie pokoiła go natomiast jej mina. Majkę wyraźnie coś dręczyło. Jakby bała się, że za chwilę wniosą do pomieszczenia, któregoś z jej kompanów.

Po dłuższej chwili zadumy Majka odwróciła, się w końcu z powrotem w jego stronę i wyrzuciła z wyraźną goryczą. — Tak naprawdę, nie wiem jeszcze niczego … — dodając potem jakby do siebie. — Ale ludzie z Bractwa na pewno poradzą sobie z pozostałymi łowcami…

Widząc jak dziewczyna przeżywa te sytuacje, Grzesiek spróbował dodać jej odrobinę otuchy. — Smiesz w to wątpić? — spytał teatralnie oburzony. —  Pamiętasz co powiedział Eremef? Oni boją się walczyć z wami. No i chyba nie raz pokazaliście, że nie bez powodu…

Po tych słowach, które może nie były szczególnie błyskotliwe, ale za to w pełni szczere, Majka ścisnęła mu dłoń. Niestety po jej twarzy widać było, że wciąż jest mocno zmartwiona. Szybko zmieniła też temat, jakby nie miała ochoty gdybać o losie swoich kompanów. — Szkoda tylko, że oboje znowu zaliczyliśmy taki blamarz. — stwierdziła, żartobliwym, chociaż w opinii Grześka nieco wymuszonym tonem. — Daliśmy się pobić praktycznie za nic. Eremef wciąż żyje, a całe potencjalne łupy zostały zniszczone przez tę piekielną bombę. Pistolety, amunicja, a ten fałszywy przewodnik miał nawet trochę wojskowego sprzętu. Łuki to sobie pewnie miecz ostrzył, jak streszczałam Romanowi naszą kolejną porażkę…

— Zaraz… — wtrącił Grzesiek, który o wiele bardziej wolał kpić z problemów, niż się nad nimi rozwodzić, więc błyskawicznie podłapał ten temat. — Ale miecz ostrzył? Czy „miecz ostrzył”? Bo wiesz, z wami to nigdy nie wiadomo. Na przykład mówi ci taka dama na dziedzińcu: „Mógłbyś mi panie wsadzić miecz do kabury”, i nie wiesz, czy masz jej pomóc, czy chce ci rozpiąć spodnie…

— Tak? — wtrąciła Majka, udając oburzoną. — Która ci tak na dziedzińcu proponowała, bo czuję, że zaraz zacznę tam krucjatę. Poza tym, miecz to się, Grzesiu, wsadza do pochwy…

— Jeszcze lepiej! — zaśmiał się Grzesiek. — Mości panie, czyż nie wsadzisz miecz do mej pochwy…

Majka zaczerwieniła się i burknęła. — Ty już masz pochwę do miecza, więc nie szukaj…

— Nawet bym o tym nie myślał! — stwierdził pewnie Grzesiek, a po chwili poczuł dziwny mrożący chłód przechodzący przez ciało. W jego głowie zupełnie bez powodu, rozbrzmiało dość nietypowe stwierdzenie, którego pochodzenia nie był w stanie ustalić. Zupełnie jakby przypomniał sobie jakąś zapomnianą frazę z dzieciństwa. — Hej, nie wiesz może, co znaczy „O Deus! Misericordiae”?

Zaskoczona Majka zmarszczyła czoło. — „O Deus” to chyba „o Boże”, ale nie znam w ogóle tego drugiego słowa.

W tym momencie Grzesiek przypomniał sobie o śnie jaki miał zaraz przed swoim przebudzeniem i rozmowie jaką odbył w jego trakcie. — To drugie, to na pewno coś w rodzaju „litości”. — westchnął, uświadamiając sobie, że przecież Pierwszy słyszy ich przez cały czas.

Dziewczyna, spojrzała na niego jeszcze bardziej zdziwiona. — Skąd ci się tak nagle wzięło…— spytała z nietęgą miną. — Chyba nie masz wstrząsu mózgu?

Grzesiek pokręcił głową, zastanawiając się, jak właściwie powiedzieć dziewczynie, że ich prywatność zmniejszyła się jeszcze bardziej. Dotychczas Pierwszy był z nimi tylko w chwilach krytycznych lub przykrych, ale teraz przysłuchiwał się nawet, gdy po prostu cieszyli się swoim towarzystwem. Przynajmniej przez chwilę postanowił zachować to dla siebie, mając cichą nadzieję, że będzie to jednak stan przejściowy i wszystko szybko wróci do normy.

Tymczasem Majka wróciła niespodziewanie do początku ich rozmowy. — Ale tak już przez chwilę poważnie, to powiem ci, że nie mogę przeżyć tej broni. — stwierdziła, zaciskając ze złością pięść. —Wiem, że ogólnie na zamku często bagatelizujemy nowoczesne uzbrojenie. Sama się przecież śmiałam, że masz pistolecik…Ale taka strzelba… Przydałaby się bardzo, gdyby Eremef znów nas zaskoczył…

Grzesiek westchnął ciężko. Odporność jaką posiadał Eremef i jego umiejętności sprawiały, że w podobnej sytuacji potrzebowali by raczej nie strzelby, a wyrzutni rakiet. — Wątpię, żeby jakakolwiek konwencjonalna broń miała szansę z tym gościem — skwitował smętnie. — Jedyna nadzieja jest w tym, że po walce z Pierwszym defekt da mu po dupie. Może będzie już tak osłabiony, że nie zaryzykuje kolejnego powrotu?

— Bardzo chciałabym żebyś miał rację, ale widać, że on ma na twoim punkcie obsesje. Naprawdę żałuje tylko, że… — Majka przerwała nagle, krzywiąc się przy tym z bezsilnej złości. — Ratowanie ciebie było najważniejsze, ale szkoda, że Pierwszy nie zdążył się z nim rozprawić. — stwierdziła w końcu, mściwym głosem. — Miałam wrażenie, że tak niewiele brakowało…

Grzesiek również bardzo żałował, że walka po raz kolejny została nierozstrzygnięta. Było dla niego jasne, że Eremef na pewno nie odpuści i gdy tylko zbierze siły, zaatakuje ponownie. Co więcej, chory mężczyzna, świadomy, że z Majką łączyło go coś więcej niż zwykła współpraca podczas patrolu, mógł uczynić z dziewczyny główny cel swojego kolejnego ataku. Z przerażeniem uświadomił sobie, że sam postąpiłby dokładnie w ten sposób.

Wyobrażanie sobie takiego scenariusza sprawiało, że odczuwał dreszcze na plecach. Teraz już zdecydowanie wolał, aby Pierwszy podjął ryzyko i utrzymał kontrolę nad ich wspólnym ciałem choćby chwilę dłużej, aby zakończyć konfrontację raz na zawsze. Takie myśli nachodziły go jednak już po fakcie, gdy wszystko minęło i byli bezpieczni za murami, a on sam wrócił do siebie. W tamtym krytycznym momencie jego przyjaciel i ukochana nie mogli mieć tej pewności i zdecydowanie mieli też inne priorytety.

Majka w międzyczasie oparła się Grześkowi o kolana i przerwała, jego rozmyślania dość sentymentalnym stwierdzeniem. — Muszę powiedzieć, że w mojej ocenie twoja więź z Pierwszym jest naprawdę niezwykła…

— No tak! Jesteśmy niemal nierozłączni — odparł bez namysłu Grzesiek, ale jego dziewczynie zdecydowanie nie o to chodziło.

— Nie miałam na myśli tego, że dzielicie to samo ciało. — poprawiła go natychmiast, spoglądając przy tym pobłażliwie. — Gdy on pojawił się w rzeczywistości, natychmiast chciał cię sprowadzić z powrotem. Nie słyszałam w jego głosie żadnej niepewności. Zaczęłam to rozważać... I doszłam do wniosku, że mało kto tak po prostu oddałby swoje ciało. Nawet najbliższemu przyjacielowi. Mimo że jest w pewnym sensie ‘więźniem’ twojej świadomości, bez wahania chciał do tej klatki wrócić, żebyś ty mógł cieszyć się wolnością…

To co powiedziała Majka uderzyło w Grześka z nieoczekiwaną siłą. Być może dlatego, że przez długi czas przywykł już do dziwnego charakteru Pierwszego i traktował jego czasami absurdalną skłonność do poświęceń, jako coś normalnego. Prawda była jednak taka, że jego zachowanie, stanowiło coś nadzwyczajnego. Nawet w kontekście najgłębszej braterskiej zażyłości.

— Myślę, że jeszcze jakiś czas temu sam bym się zdobył na coś podobnego. — oświadczył niepewnie Grzesiek, chcąc chociaż trochę wygłuszyć wyrzuty sumienia, jakie odczuł po wysłuchaniu dziewczyny. — Ale teraz mam ciebie... — dodał, kładąc dłoń na kolanie Majki — Może to brzmi egoistycznie, ale cieszę się, że zdecydował się wycofać. Oczywiście, zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby tylko mu pomóc. Ale nie wyobrażam też sobie, bym miał cię przez to opuścić…

— My, zrobimy co w naszej mocy! — podkreśliła Majka głosem pełnym determinacji, a potem zaczęła już nieco mniej pewnym i nerwowym tonem, wyrzucać z siebie chaotyczne myśli. — Teraz nie chodzi tylko o pomoc tobie. Czuję się wobec niego naprawdę dłuża i tak sobie pomyślałam... Może to zabrzmi nierealnie, ale jeśli Eremef dysponuje tak ogromną wiedzą o Martwym Świecie… To być może, gdyby zaatakował nas ponownie… A jestem przekonana, że to zrobi, jeśli wciąż żyje… Może moglibyśmy spróbować go pojmać? Może on znałby sposób na wasze rozdzielenie? Albo wiedział, gdzie jest błąd, który mógłby tego dokonać!

Ta koncepcja nie spodobała się Grześkowi nawet odrobinę. Nawet jeżeli dziewczyna miała rację, to ryzyko pozostawienia przy życiu tak niebezpiecznej osoby wydawało mu się zbyt wielkie. Nim jednak zdążył wyrazić swojego zdanie, Majka znowu zmieniła temat.

— Wspomniałam o twojej przyjaźni z Pierwszym, bo zażartowaliśmy sobie z Łukiego i wiesz… Zrobiło mi się naprawdę przykro. Pomyślałam o tym, co nas kiedyś łączyło... — Grzesiek, słysząc to, usiadł. Przeraziła go myśl, że Majka może jednak wciąż coś czuć do Łukiego, ale na szczęście dziewczynie chodziło o coś zupełnie innego. — Nie wyszło nam razem — stwierdziła pewnie. — Nie pasowaliśmy do siebie jako para, ale naprawdę uważałam go za przyjaciela — dodała, wyraźnie rozżalona. — Wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie, narażaliśmy się dla siebie. Boże, myślę, że były takie momenty, gdy życie bym za tego debila oddała. Ale on nie potrafił mi odpuścić. No bo na co on liczył? Że po tym, jak nam nie wypaliło, zostanę zakonnicą i będziemy sobie całe życie na murach wspominać, jak to było uprawiać seks... Boże, czy to, że jestem z tobą, naprawdę uniemożliwiało nam wspólne rozmowy, szabry, dobrą popijawę? Pieprzony bufon…

— Majka... — wtrącił Grzesiek. — Ja nie wierzę w przyjaźń między kobietą a mężczyzną. No, może między kobietą a kimś pokroju Siwego, ale on był bardzo zatwardziałym gejem. Takim crème de la crème bycia homoseksualistą. Poziom heteroseksualności równy zero. W każdym razie w innym przypadku, to dla mnie coś awykonalnego...

Majka spojrzała na Grześka z zacięciem. — Czyli nie byłbyś w stanie przyjaźnić się ze mną? — spytała, świdrując go wzrokiem.

— Trzymałem w rękach twoje idealne piersi. — podsumował w swoim stylu. — Myśl, że mógłbym przez resztę życia na nie patrzeć i nigdy więcej ich nie dotknąć, sprawiłaby, że wybiegłbym z krzykiem do Strefy Zamarcia. — po chwili namysłu, uznał jednak, że musi trochę zrównoważyć swój dowcip i dodał już poważnie. — Nie mam zamiaru poddawać pod wątpienie tego, że Łukasz poświęciłby się dla ciebie, ale on się z tobą nigdy nie przyjaźnił. Był…to znaczy jest facetem i zawsze cię przy tym pożądał. Czego by nie mówił, zawsze liczył gdzieś w środku na to, że znowu się zejdziecie. Tylko nie win się za to! Nawet gdybyście nie byli wcześniej razem, on i tak by na to liczył. Może nawet bardziej by cię przez to męczył... Trudno powiedzieć...

— Zazdroszczę ci trochę, że ty możesz mieć przyjaciela... — westchnęła Majka. — Ja w najlepszym wypadku będę miała tylko przyjaciółkę.

— Jak będzie ładna, to możesz ją potem zaprosić do nas do namiotu. — wtrącił żartobliwie Grzesiek, a Majka, słysząc to, rzuciła się na niego i zaczęła dusić kołdrą.

Grzesiek postanowił, że nie może pozwolić swojej ukochanej spędzić nocy na niewygodnym krześle. Ponieważ łóżko w wieży było zbyt małe, by pomieścić ich oboje, zaczął przekonywać dziewczynę, by mimo późnej pory wrócili razem do namiotu. Majka początkowo wydawała się niechętna, ale Grzesiek wytłumaczył jej, że wspólny sen w ciepłym śpiworku zdecydowanie bardziej przysłuży się jego zdrowiu, niż przesiedzenie nocy w zimnej wieży. Takiego argumentu dziewczyna nie mogła zignorować, i gdy cały zamek pogrążony był we śnie, para wróciła do siebie. Niestety oboje byli już tak zmęczeni, że ta noc jako jedna z niewielu, skończyła się dla nich tylko na wspólnym przytulaniu.

Gdy Grzesiek obudził się nad ranem, zobaczył, że został w namiocie sam. Było to o tyle dziwne, że Majka nie pomagała obecnie w zamkowej kuchni i na śniadania prawie zawsze chodzili razem. Zastanawiając się nad jej nieobecnością, doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej poszła sprawdzić, co słychać u reszty Bractwa i jak przebiegł wczorajszy pościg za Białym Sercem. Żałował tylko, że dziewczyna nie obudziła go i nie wzięła ze sobą, bo sam był bardzo ciekawy czy doszło finalnie do jakiegoś starcia.

Pewnie chciała, żebyś odpoczął… — rzucił Pierwszy tak niespodziewanie, że Grzesiek momentalnie stracił ochotę na kawę.

— Cholera… — syknął, masując się po sercu. — Zapomniałem, że już cię nie odłącza. To znaczy, nie wiem… Całą noc czuwałeś? Jak anioł stróż? — dopytał zaciekawiony.

Pierwszy zamilkł przez chwilę, prawdopodobnie przypominając sobie szczegóły poprzedniego wieczoru. — Waszą rozmowę w wieży pamiętam niestety całą… I jako twój anioł, obawiam się, zdecydowanie o czystość twojej duszy. — wtrącił w tonie dość chłodnego żartu. — Za to mam też dobrą wiadomość, bo prawie wcale nie pamiętam drogi do namiotu. Chyba odcięło mnie całlkiem, jak już leżeliście tutaj…

Grzesiek słysząc to odetchnął z nadzieją. — To dobry znak! — rzucił . — Rozmawialiśmy jeszcze trochę w namiocie. Jeśli nic z tego nie pamiętasz, może jest szansa, że nie będziesz skazany na oglądanie naszych harców…

— Nie będę ukrywał, że byłoby miło… — westchnął Pierwszy. — Staraj się mnie na razie nie wywoływać, ok? Od twojej pobudki znowu słyszę wszystko, ale może uda mi się jakoś zagłębić w podświadomości…

— Dobra… — zgodził się Grzesiek, ciesząc się, że może jednak istniała szansa na odzyskanie chwil prywatności. — Jeśli nie wyskoczy nagle jakiś poważny temat, oficjalnie traktuje cię, jako niebytego i bez skrępowania świntusze z Majką! — oznajmił, ale Pierwszy już mu na to nie odpowiedział.

Ponieważ adrenalina wywołana nagłym wtargnięciem kompana opadła tak szybko jak się pojawiła, Grzesiek postanowił, że zanim zacznie poszukiwania Majki, wypije jednak małą kawę. Bez pośpiechu przebrał się więc w czystę rzeczy, które o ironio przykrył znoszonym do bólu płaszczem i równie żółwim tempem wyszedł z namiotu.

Przemierzając powoli teren dziedzińca, napotkał po drodze kilka osób, które znał dobrze z widzenia, lecz nie był pewien, czy powinien się z nimi przywitać. Jako oficjalnie przyjęty członek Bractwa Rycerskiego, wkrótce mający dołączyć do rady, zauważył bowiem specyficzną zmianę w podejściu mieszkańców do jego osoby. Niektórzy zaczęli okazywać mu szacunek i pozdrawiać go, nawet jeśli wcześniej się nie znali, inni zaś unikali jego spojrzenia i złorzeczyli pod nosem, gdy tylko przechodził obok. Było to oczywiście spowodowane tym, jak irracjonalnie podzielona była tutejsza społeczność. Zwolennicy rady i jej członkowie dystansowali się od reszty mieszkańców, nie dzieląc z nimi stołów ani nie podejmując zwykłych rozmów. Każda próba wymiany uprzejmości między obiema grupami wydawała się wręcz karykaturalnie wymuszona. Wspominając, jak szybko ostatnie obrady eskalowały do poziomu przemocy, Grzesiek bał się przez to, że wyciągnięcie ręki do nieodpowiedniej osoby może skończyć się niepotrzebną kłótnią. Ponieważ nie znał jeszcze dobrze wszystkich ludzi w zamku, a tym bardziej ich stosunku do rady, zazwyczaj witał się z tymi, z którymi witała się Majka. Teraz, nie mając jej przy sobie, postanowił po prostu udawać zamyślonego i z rękami w kieszeniach płaszcza wpatrywał się w ziemię, mijając ludzi bez słowa. Tak udało mu się na uniknąć niezręcznych sytuacji i powitań z nieodpowiednimi osobami.

Gdy tylko Grzesiek dotarł do kuchni, zamierzał zająć jeden z wolnych stolików, ale wśród kręcących się po placu wyłowił wzrokiem Majkę, która właśnie rozsiadła się przy zamkowym murze. Ponieważ sama dziewczyna go nie zauważyła, dał sobie chwilę, by poobserwować ją z ukrycia. Oglądanie Majki, nieświadomej, zajętej swoimi sprawami i myślami, miało w sobie coś fascynującego. Pewnie dlatego, że Grześkowi ciągle było jej po prostu mało. Czy jednak miał się czemu dziwić? Pierwszy raz w życiu był tak naprawdę zakochany. Pragnął dziewczyny w każdej postaci, nawet takiej, gdy siedziała po prostu zamyślona. — Mógłbym cię jeść łyżkami... — stwierdził i nie mogąc dłużej wytrzymać, ruszył w końcu w jej kierunku, zabierając po drodzę kubek z kawą.

Majka, dostrzegając go, uśmiechnęła się sztywno i niepewnie, jakby została przyłapana na czymś nieodpowiednim. To wzbudziło w Grześku pewien niepokój. — Hej... — wykrztusił z siebie, siadając przy niej na murku. — Stało się coś? Nie obudziłaś mnie rano...

Dziewczyna natychmiast poprawiła swoją minę i, szczypiąc go zaczepnie w nogę, odparła — Chciałam, żebyś trochę odpoczął, a musiałam porozmawiać z Romanem. Nie daje mi to spokoju, gdy wiem, że Białe Serce jest w mieście, a ja siedzę w zamku...

— I co? — dopytał Grzesiek, który domyślał się, że mogło stać się coś złego. — Znaleźli ich? Doszło do walki?

Majka nie odpowiedziała mu od razu, tylko wzięła najpierw łyk kawy. Niemniej już po jej zamyślonych oczach rozpoznał, że nie będzie miała dobrych wieści. — Kuba został ranny — oznajmiła w końcu grobowym głosem. — Na szczęście przeżył, ale okazało się, że ci łowcy, którzy przyjechali z Eremefem, też mieli broń. Nie tylko pałki elektryczne, prawdziwe pistolety…

— Nie przynieśli go do wieży?! — wtrącił natychmiast Grzesiek. — Do namiotu wróciliśmy naprawdę późno, dlaczego nic nie widzieliśmy?

Majka ścisnęła brwi i, wciąż zamyślona, spojrzała teraz w kierunku wejścia. — Wrócili dopiero nad ranem, jak już spaliśmy. Ścigali się z nimi przez całą noc...

Grzesiek skrzywił się, czując, że w dużej mierze jest to jego wina. Dziękował tylko opatrzności, że nikt nie zginął w trakcie tego pościgu. — Kurwa... — syknął pod nosem, podciągając nogi pod siebie, by ze wstydem oprzeć głowę na kolanach. — Gdybym nie zaczął tego piekła z Eremefem… Mam wrażenie, że przyspożyłem wam problemów... — wyznał z żalem.

— Przestań! — krzyknęła na niego Majka, wyraźnie rozgniewana jego samobiczowaniem. — Przyśpieszyłeś tylko nieuniknione. Prędzej czy później to się musiało tak skończyć. Zbyt dużo ludzi już tutaj stracili. — przekonywała, obejmując go przy tym ramieniem.

Grzesiek miał wrażenie, że dziewczyna chciała go tylko pocieszyć, ale nie zamierzał się z nią teraz o to spierać. — Gdy przyszedłem, bałem się, że jesteś na mnie zła z jakiegoś powodu...

— Dlaczego? — spytała zdziwiona Majka, odsuwając się, by spojrzeć mu w twarz, a jej mina wydawała się szczerze zaskoczona.

Może po prostu była wcześniej zamartwiona sprawą z Białym Sercem? Widocznie gdy przyszedł, dręczyły ją jeszcze jakieś przemyślenia.

— Nie wiem... — przyznał w końcu. — Po prostu, jak cię zobaczyłem, miałem wrażenie, że przestraszył cię mój widok. Miałem takie przeczucie, jakby coś było między nami nie tak…

Majka westchnęła i nerwowo wkręciła dno kubka w ziemię. — Dobrze, masz rację... — stwierdziła nagle, co sprawiło, że serce prawie stanęło Grześkowi w gardle. — Nie budziłam cię rano, bo potrzebowałam chwili, aby pomyśleć w spokoju. Doszło do mnie, że chciałabym, abyśmy razem zbudowali coś wspaniałego. Naprawdę myślę, że ty jesteś tym... Tym, którego chciałabym mieć przy sobie już zawsze... — Grzesiek, słuchając tego cudownego wyznania, obawiał się, że za chwilę padnie jakieś „ale”, i nie pomylił się nawet trochę. — Tylko że, zanim to nastąpi, oboje musimy pozbyć się pewnego balastu. — stwierdziła smętnie jego dziewczyna. — Być dla siebie prawdziwą Majką i Grześkiem, a nie tylko wyidealizowanymi obrazami, które chcemy przed sobą pokazywać. Dlatego nie obraź się, że o to zapytam, ale... nie byłeś zbyt dobrym człowiekiem, zanim tu trafiłeś? Prawda?

Grzesiek poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku na samą myśl, że musi odpowiedzieć na to pytanie. Korciło go, by okłamać Majkę, upiększyć jakoś swoją przeszłość albo chociaż nadać jej nieco mniej nieprzyjemny ton. Problem w tym, że nie potrafił. Było to o tyle dziwne, że nigdy wcześniej nie miał problemów z kłamstwem, nawet najbardziej perfidnym i obrzydliwym. Właściwie to lubował się nawet w swojej sztuce kłamania. Tylko że siedziała obok niego osoba, której nie potrafił i której nie chciał okłamywać. — Tak… — przyznał ze wstydem. — Niewiele różniłem się od ludzi z Białego Serca. Z naszej pary to Pierwszy jest tym dobrym, ja byłem... tylko cwaniaczkiem, który zrobiłby wszystko, by przeżyć. Dosłownie „wszystko”.

Majka podniosła swój kubek, wzięła łyk kawy i spojrzała w niebo. — Rozumiem... — wyszeptała, a po chwili namysłu zwróciła się w stronę Grześka z miną, jakby właśnie coś postanowiła. — Dziękuję, że to powiedziałeś. Bardzo zależy mi na tym, abyśmy byli dla siebie ludźmi, którzy mogą porozmawiać o wszystkim. — oznajmiła spokojnie. — Dlatego teraz chciałabym, żebyś opowiedział mi o sobie. O wszystkim, co zawsze pomijałeś i zbywałeś, a o czym już dawno domyśliłam się, że jest twoją najczarniejszą kartą. Kim byłeś w Nowym Dworze? Łowcą Dusz, prawda? To stamtąd pochodzi ten tytuł?

Grzesiek był zdruzgotany. — Teraz? — spytał. — Tak po prostu? No bo wiesz, że to będzie długa historia...

— Załatwię nam tyle kawy i przekąsek, ile będzie potrzeba... — stwierdziła żartobliwie Majka, chcąc najwyraźniej rozluźnić napięcie, jakie nagle między nimi wyrosło. Niemniej już po chwili dodała, znacznie bardziej poważnym tonem: — Tylko niczego przede mną nie ukrywaj... — Po tych słowach położyła mu dłoń na kolanie, jakby chciała dać w ten sposób do zrozumienia, że jest gotowa na najgorsze.

Niestety, Grzesiek bał się, że gdy tylko zacznie opowiadać, ta dłoń momentalnie zniknie, a wraz z kolejnymi słowami odejdzie również Majka i jego szczęśliwe życie w tym miejscu. Czy jednak miał prawo zataić prawdę? Czy jeśli skłamałby teraz, nie oszukiwałby za każdym razem, gdy mówił dziewczynie, że jest dla niego najważniejsza?

— Ostatni pocałunek! — zarządał nagle, bo tego właśnie pragnął, gdyby wszystko skończyło się tak źle, jak przypuszczał. — Jeśli po tym, co powiem, mnie znienawidzisz... Chcę po prostu pocałować cię jeszcze raz przedtem...

Majka bez protestu pochyliła się i pocałowała go, a następnie Grzesiek, wciąż z drżącym sercem, rozpoczął swoją opowieść. Kubek za kubkiem, słowo po słowie, odkrywał przed Majką historię przypominającą wyjątkowo straszną i okrutną książkę. Mimo że dziewczyna wielokrotnie marszczyła brwi, czasami łzy napływały jej do oczu, a niekiedy zdawało się, że nie będzie w stanie dłużej słuchać, jej dłoń nieustannie spoczywała na jego kolanie. Tym razem Grzesiek nie upiększał i nie ukrywał niczego. Otwarcie wyznał, kim był; a był naprawdę strasznym człowiekiem.

W międzyczasie kuchnia opustoszała, posprzątano po śniadaniu, a ludzie ruszyli do pracy. Tylko on i Majka nadal siedzieli, oparci o ten sam kawałek muru, który pozostał niemym świadkiem opisywanych okropieństw.

Na koniec opowieści dziewczyna odetchnęła głęboko. Grzesiek, patrząc na jej twarz, nie wiedział jeszcze, jaki wyrok go czeka, ale ta dłoń — dłoń, która wciąż spoczywała na jego kolanie, nadal dawała mu nadzieję.

— Wiedziałam, że to będzie trudna rozmowa... — stwierdziła w końcu Majka. — Ale ona nic nie zmienia, bo nadal cię kocham. To, kim byłeś, zostawiłam w Martwym Świecie. Dla mnie jesteś moim Grześkiem! Moim zabawnym, trochę nierozważnym, nieco głupkowatym pajacem, nie tym potworem, którym byłeś w Nowym Dworze. Tylko proszę, odpowiedz mi jeszcze na jedno pytanie. Kochasz mnie? Tak naprawdę? Nie chodzi tylko o to, że razem się dobrze… bawimy? Naprawdę chciałabym usłyszeć, że znaczę dla ciebie tyle, ile ty znaczysz dla mnie…

Grzesiek zaczerwienił się, spuszczając wzrok na ziemię. Mimo że wielokrotnie deklarował swoją miłość, miał wrażenie, że ten moment niesie ze sobą szczególne znaczenie. — Majka, nikogo na tym świecie nie kochałem tak, jak ciebie...

Dziewczyna uśmiechnęła się, a jej dłoń zacisnęła się na jego kolanie jeszcze mocniej. Niestety, jej mina zdradzała, że szykuje kolejne trudne pytanie. Grzesiek milczał, dając jej czas na zebranie myśli, a ona w końcu wydusiła z siebie: — Powiedz… Gdyby okazało się, że ty i Pierwszy nie będziecie mogli żyć razem, gdyby chciał się poświęcić dla ciebie ostatecznie, czy pozwolisz mu na to, by zostać ze mną?

W tym przypadku odpowiedź nie była tak łatwa, szczególnie że Pierwszy za pewne słyszał ich rozmowę. Grzesiek, licząc jednak na zrozumienie ze strony przyjaciela, niepewnie skinął głową. — Tak, Pierwszy jest dla mnie ważny, ale to ciebie kocham i on musi uszanować, że jest dla mnie na drugim miejscu.

Majka odetchnęła głęboko i spojrzała na ziemię, wyraźnie zawstydzona. — Zrobimy wszystko, aby mu pomóc, masz moje słowo. I mam nadzieję, że do takiego wyboru, o jakim wspomniałam, nigdy nie dojdzie, ale chciałam wiedzieć, że w razie czego wybierzesz mnie. — wyszeptała, czerwieniąc się.

— To było oczywiste… — zadeklarował Grzesiek. — Czy między nami wszystko już w porządku? — spytał z nadzieją, ale niestety niepewna mina Majki ponownie go zaniepokoiła.

— Pozostaje jeszcze moja część zwierzeń… — westchnęła dziewczyna, po czym znowu zaczęła nerwowo bawić się pustym kubkiem.

Grzesiek słysząc to, odetchnął ciężko. — Naprawdę nie musisz, jeśli nie chcesz. Uwierz, że dla mnie też nic się nie zmieni. Nie ważne, jak straszną historię byś mi opowiedziała.

Majka uśmiechnęła się niepewnie. — Niestety muszę… — stwierdziła, wyraźnie przygnębiona. — Roman nalega, żebym w końcu przestała to odwlekać i wprowadziła cię w sprawy Rady, stąd jeszcze jedno pytanie. — rzuciła w końcu, teraz już wyjątkowo nerwowa. — Jeśli okaże się, że ja również nie jestem do końca dobrym człowiekiem, możesz mi obiecać, że mnie nie zostawisz? Tak jak ja nie zostawiłam ciebie, po tym co usłyszałam…

Grzesiek uśmiechnął się. — A co ja powiedziałem przed chwilą? — spytał, sztucznie obrażony. — Majka, wybaczyłbym ci wszystko, oprócz zerwania ze mną! Nie ma rzeczy na tym świecie, która zmieniłaby to, co czuję.

Dziewczyna spojrzała na Grzeszka, a jej oczy przeszkliły się. — Mam nadzieję... — wyszeptała, po czym szybko otarła łzy rękawem i energicznie poderwała się na nogi. — Wypiliśmy już tyle kawy, że zaraz odlecę. — stwierdziła, pomagając mu się podnieść. — Nie ma sensu tego dłużej przeciągać; czas zabrać cię do czerwonego domu...

Na słowa „Czerwony Dom”, Grzesiek wyobraził sobie, że będą musieli udać się gdzieś poza mury zamku. Jednak ku jego zdziwieniu, Majka zamiast poprowadzić go do wyjścia, ruszyła w stronę bocznej wieży, gdzie znajdowało się ambulatorium. — Pamiętaj, że o tym, co teraz zobaczysz, nie może dowiedzieć się nikt... — wyszeptała mu po drodze do ucha. — Nie wiesz, kto jest wtajemniczony, a kto nie, więc poza mną i Romanem, nie wolno ci na terenie zamku wspominać o tym przy nikim.

Grzesiek potwierdził skinieniem głowy, a potem razem z Majką mineli otwarte wrota i zeszli po schodach w głębiny wieży, aż do dawnego lochu.

Naprawdę duże otwarte pomieszczenie służyło tutaj za spiżarnię. Najprawdopodobniej dlatego, że po pierwsze było to najchłodniejsze miejsce w całym zamku, a po drugie, ogromna metalowa krata zabezpieczająca, wejście znacząco utrudniała dostęp do zapasów nieupoważnionym osobom. Grzesiek coraz bardziej zastanawiał się, czemu w ogóle tutaj przyszli. Pomieszczenie nie wydawało się na tyle rozległe, by można było w nim ukryć coś więcej niż to, co było widoczne od góry.

W międzyczasie Majka wyciągnęła z kieszeni klucz, którym otworzyła nowoczesny zamek blokujący kratę, a potem po solidnej drabinie oboje zeszli wgłąb spiżarni.

Na pierwszy rzut oka zapasy zgromadzone w tym miejscu robiły wrażenie naprawdę pokaźnych. W licznych drewnianych skrzyniach leżały typowe „zupne” warzywa, na drewnianych półkach ustawiono słoiki pełne kiszonek i przetworów, a przy ziemi rozstawione były pudła z konserwami. Oczywiście, biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, którzy w tym momencie przebywali na dziedzińcu, czar obfitości szybko pryskał. Tak naprawdę, gdyby chcieć solidnie odkarmić wszystkich, spiżarnia opustoszałaby w ciągu dwóch, może trzech dni. Grześkowi wciąż nie przychodziło natomiast do głowy co w ogóle mogli tutaj robić? Jakie tajemnice poza stanem zapasów, mogła trzymać w tym miejscu rada. Dopiero, gdy Majka podeszła do jednej z szaf i odsunęła ją bez trudu, ukazując olbrzymią dziurę w murze, zrozumiał, że to nie piwnica była ich głównym celem.

 — To tunel ewakuacyjny... — oznajmiła dziewczyna, sięgając po latarkę stojącą na jednej z półek odsuniętej szafy. — Nie wiemy dokładnie, z jakiego okresu pochodzi, ale odkryliśmy go podczas wielkiego głodu. Roman planował, wydostać się nim poza mury, jeszcze gdy byliśmy oblężeni przez te zdradziecie pasożyty z dziedzińca. Niestety wtedy nie zdążyliśmy go odkopać przed starciem, ale obecnie można go spokojnie użyć, by opuścić zamek niepostrzeżenie... — Po tym krótkim wyjaśnieniu, dziewczyna oświetlając drogę latarką, weszła prosto do dziury.

Nieco zaskoczony, Grzesiek podążył za nią, zastanawiając się nad istotą całej tej tajemniczy. Czyżby Rada planowała potajemnie opuścić zamek razem z zapasami, zostawiając jego mieszkańców na pastwę losu? To wydawało się logicznym wytłumaczeniem istnienia tunelu i umiejscowienia spiżarni, ale Grzesiek nie był w stanie skupić się na swoich rozważaniach. Gdy tylko Majka zamknęła za nimi przejście, przyciągając szafę z powrotem na miejsce za pomocą skórzanego mocowania, problemem okazał się dla niego sam tunel. Powietrze było w nim duszne, a drewniane podpory, mające utrzymać zwały ziemi, trzeszczały złowieszczo jakby miały w każdej chwili ulec zawaleniu. Mimo że Grzesiek nigdy nie cierpiał na klaustrofobię, zaczął odczuwać prawdziwy niepokój. — To nie wydaje się zbyt solidne… — zauważył wystraszony, lecz Majka, wyraźnie zbagatelizowała jego obawy.

— Zabezpieczyliśmy go najlepiej, jak tylko mogliśmy. Poza tym, nie jest umiejscowiony tak głęboko pod ziemią, jak ci się wydaje — stwierdziła, klepiąc go w ramię, po czym poprowadziła ich w głąb.

— Więc to jest ta tajemnica? — dopytał w końcu Grzesiek, próbując odwrócić uwagę od swojego niepokojum, rozmową. — To, że macie tunel, którym w razie czego możecie uciec z zamku, gdyby mieszkańcy znowu się zbuntowali?

Niestety Majka w odpowiedzi rzuciła tylko. — Poczekaj jeszcze chwilę, dobrze?

Nie mając wyjścia przystał na to i z duszą na ramieniu, powoli podążał za ukochaną. Szli tak przez pięć, może osiem minut, aż w końcu w ciemności dało się słyszeć jakieś głosy. Bez wątpienia zbliżali się do końca tunelu, a ktoś ewidentnie rozmawiał po jego drugiej stronie.

Nagle Majka zatrzymała się i świecąc Grześkowi pod nogi, wypaliła: — Grzesiek, posłuchaj... To, co tam zobaczysz, może być dla ciebie... — Jej głos rwał się i brzmiał naprawdę nerwowo, a miejsce, w którym się znajdowali, tylko pogarszało to odczucie. W końcu dziewczyna odetchnęła głęboko i, spoglądając na Grześka w świetle latarki, zaczęła tłumaczyć — Oficjalnie, po poznaniu tajemnic rady, nie można odejść pod karą śmierci, ale to nie koniec tego, co cię czeka. Będziesz musiał udowodnić, że stoisz po naszej stronie... Wykonać pewne... pewne zadanie... Jeśli go nie przejdziesz, zostaniesz uznany za zdrajcę, i będę musiała cię zabić...

Grzesiek, słysząc to, chciał już zszokowany przerwać dziewczynie, ale Majka pocałowała go, i nim zdążył wydusić słowo, wyjaśniła: — Oczywiście, nigdy bym tego nie zrobiła. Jesteś dla mnie najważniejszy, ważniejszy niż rada czy zamek, dlatego posłuchaj. Roman nie do końca mi ufa! Założę się, że ktokolwiek jest po tamtej stronie, pójdzie z nami, żeby sprawdzić, czy ze wszystkiego się wywiążesz. Mam nadzieję, że się uda, ale jeśli nie dasz rady... jeśli to, co zobaczysz i co będziesz musiał zrobić, okaże się dla ciebie za dużo... Musimy uciec...

— Uciec?! — powtórzył głośno Grzesiek, a Majka zatkała mu usta.

— Nie tak głośno, echo się niesie po tunelu... — wyszeptała nerwowo. — Posłuchaj, od czasów głodu mam ukrytą pewną ilość zapasów, gdybyś... gdybyś nie dał rady, chcę, żebyś wiedział... Ja jestem gotowa uciec stąd razem z tobą, ale jeśli mogę cię o coś prosić... Postaraj się, proszę…Postaraj przetrwać to, co zobaczysz...

Dopiero teraz Grzesiek poczuł powagę tej sytuacji i zrozumiał, że mógł się właśnie wpakować w coś naprawdę nieprzyjemnego. Do tej pory obecność Majki łagodziła wszystkie nerwy i sprawiała, że bagatelizował pewne sygnały, które mimowolnie i tak do niego docierały. Teraz jednak zrozumiał: tam czekało coś naprawdę strasznego, a zagrożenie było jak najbardziej prawdziwe. Nie mniej nie miał zamiaru się wycofać, zwłaszcza jeśli Majka również była gotowa zaryzykować dla niego. — Dam radę! — wyszeptał. — Uwierz we mnie…

Majka pocałowała go ponownie, a potem zaczęła dalej prowadzić ich do końca tunelu.

Ledwie chwilę później, wydostali się już przez otwór w ścianie, trafiając do jakiejś naprawdę dużej i głębokiej piwnicy. Miejsce było oświetlone halogenowymi lampami podłączonymi do ogromnej trakcyjnej baterii, a podłoga wyłożona płytkami, aczkolwiek niezbyt starannie. Przy ścianach rozłożone były dziesiątki konserw. Część była pusta i błyszcząca jakby dopiero miały trafić do fabryki, część wyglądała jakby właśnie opuściła hurtownie. W pomieszczeniu unosił się też ostry, nieprzyjemny zapach, ale Grzesiek zignorował go, ciesząc się z samego faktu, że w końcu opuścił tunel.

Dopiero gdy udało mu się złapać oddech, przyjrzał się, czyje głosy docierały do nich w trakcie drogi i ku swojemu niezadowoleniu, zauważył Karolinę w towarzystwie Łukiego. — No kurwa, przecież to nie mógł być nikt inny… — przeklął w myślach, ale starał się nie dać po sobie poznać, że widok pary szczególnie go obruszył.

Karolina natychmiast powitała Majkę pewnym skinieniem głowy i rzuciła okiem na Grześka, tym razem o dziwo bez zwykłej niechęci bijącej z twarzy. Z kolei Łuki miał minę, jakby za Majką wyszedł z tunelu wyjątkowo gruby i tłusty karaluch. Grzesiek zignorował to, skupiając się na tym, co mówiła teraz Karolina.

— Dobrze, że w końcu go przyprowadziłaś — powiedziała, zerkając na Majkę wyraźnie zadowolona. — Wiem, że w wypadku Drugiego nic nie poszło tak jak powinno, ale… no… pewnie w innych okolicznościach Roman dałby mu więcej czasu. Niestety to jak potoczyły się sprawy w dniu jego przyjęcia…Sama rozumiesz…

Majka nieco zawstydzona skinęła głową, a Łuki oczywiście musiał wtrącić swoje trzy grosze.

— Już myślałem, że będziesz swojego ptaszka trzymać pod kloszem do ostatniego dnia... — dodał, spoglądając spode łba w stronę Grześka.

Ten zacisnął tylko pięści, gotów zatłuc tego gnoja, jeśli tylko spróbowałby chociaż obrazić Majkę.

Dziewczyna jednak nie zaszczyciła Łukiego nawet przelotnym spojrzeniem i rzuciła tylko chłodno: — Zdziwisz się jeszcze, jak się okaże, że Grzesiek nawet w tym będzie od ciebie lepszy...

Łuki, słysząc to, ledwo powstrzymał się, by nie wybuchnąć śmiechem, ale w końcu oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersi. — No dobra... — stwierdził. — Chętnie popatrzę, jak daje sobie radę z trudniejszymi obowiązkami niż zbieranie kartofli po piwnicach…

Grzesiek, słysząc jego kpinę, utwierdził się w przekonaniu, że jakiekolwiek zadanie nie zostanie tu przed nim postawione, musi w nim wypaść celująco. Choćby po to by przytrzeć mu nosa.

Majka ewidentnie próbując ignorować swojego byłego chłopaka, zwróciła się z powrotem do Karoliny. — Zostawiliście nam coś po wczoraj? — zapytała wyraźnie nerwowym głosem.

Karolina skinęła głową. — Oczywiście... — po czym niespodziewanie chwyciła Majkę za ramię. — Pamiętaj tylko, że teraz już nie ma odwrotu... — dodała z powagą.

Słysząc to, Grzesiek poczuł, że ma w głowie prawdziwy chaos. Z jednej strony, uczucia do Majki, które tliły się w jego sercu, dawały mu poczucie bezpieczeństwa; chciał wierzyć, że dziewczyna nigdy nie doprowadziłaby do sytuacji, która mogłaby go skrzywdzić. Ta myśl, choć uspokajająca, nie potrafiła jednak całkowicie rozwiać ciężaru niepewności, jaki osadzał się na jego plecach. Co czekało go za drzwiami piwnicy, skoro jego ukochana, nawet znając jego przeszłość, rozważała ucieczkę, gdyby mu się nie powiodło?

— To wchodzimy… — rzuciła w końcu Majka, a jej niepewny ton głosu zabrzmiał w uszach Grześka jak wyrok. Dosłownie czuł się, jakby mieli za chwilę wejść na salę sądową, gdzie zasiadałby jako oskarżony o najcięższe zbrodnie.

Z jakiegoś powodu przypomniała mu się teraz jego inicjacja do Łowców Dusz, kiedy to, nagi, mając przy sobie tylko jeden granat domowej roboty, musiał zabić „Nocnego Przechadzacza”. Po tym wydarzeniu miał wrażenie, że już nic bardziej niebezpiecznego w tym świecie więcej go nie spotka. A potem spotkało — kolejny raz i kolejny raz... Uświadomił sobie, że przecież walczył w starciach, których nie sposób było wygrać. Dlaczego więc właśnie teraz tak się denerwował?

Gdy Majka odchylała drzwi, Grzesiek spodziewał się zobaczyć za nimi coś przerażającego, ale jego oczom ukazał się jedynie długi korytarz, wyłożony tymi samymi krzywymi płytkami, oraz schody prowadzące na górę. W jego nos po raz kolejny uderzył ostry zapach, przypominający nieco odkażacz, wymieszany z czymś, co przypominało woń rdzy. Nie było też słychać żadnego dźwięku, co chyba było z tego wszystkiego najbardziej przerażające.


Majka pewnie przekroczyła próg i ruszyła na górę po schodach, a Grzesiek natychmiast podążył za nią.

Po wyjściu z piwnicy, pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to ogrom pomieszczenia, w którym się znaleźli. Stali na długim i bardzo szerokim korytarzu, od którego odchodziły liczne drzwi. Sam budynek stracił natomiast zupełnie swój pierwotny, charakter ze Starego Świata; zamiast zwykłego domu bardziej przypominał teraz jakieś zaplecze przestępcze lub fabrykę narkotyków. Przede wszystkim było tu niesamowicie ciemno, bo wszystkie okna zostały zabudowane prymitywnie ułożonymi cegłami. Jedynymi źródłami światła były akumulatorowe lampy, przyciemnione do minimum, by oszczędzać energię. W ich słabym blasku Grzesiek dostrzegł, że na podłodze rozłożone były krzywe białe płytki tego samego typu co w piwnicy. Pokoje zamknięto za pomocą metalowych, przemysłowych drzwi, a w dawnym salonie stała ogromna elektryczna maszyna, której z powodu panującej ciemności nie mógł się dokładnie przyjrzeć.

To wszystko samo w sobie było już niepokojące, ale co gorsza, okazało się, że Karolina i Łuki, niczym dwa złowrogie cienie, również weszli na górę. Widząc butną minę chłopaka, Grzesiek postanowił nie okazywać żadnej słabości. Stanął więc sztywno, pytając tylko Majkę: — Co dalej?

Dziewczyna na chwilę zniknęła w głębi salonu, by wrócić z ogromnym toporem, znacznie większym, niż ten, którego Grzesiek zwykle używał. Rękojeść była co najmniej dwa razy dłuższa, a ostrze przypominało narzędzie średniowiecznych katów z filmów.

— Proszę — powiedziała Majka, podając mu broń. — Za chwilę będzie ci potrzebny…

Grzesiek żałował teraz, że nie wziął ze sobą swojego toporka z namiotu. Jeśli za chwilę miało dojść do jakiejś walki, a wszystko na to wskazywało, wolałby użyć swojej poręcznej broni, a nie tego potwornie ciężkiego „młota”, który otrzymał. Długość topora sprawiała, że operowanie nim w ciasnych korytarzach też wydawało się wyjątkowo trudne. Mimo to, wciąż czując na sobie spojrzenie Łukasza, postanowił nie okazywać niezadowolenia. Skinął jedynie głową, przyjmując broń bez słowa.

W międzyczasie Karolina podeszła do jednych z drzwi na korytarzu, wyciągając z kieszeni klucz. — Tutaj... — powiedziała, a po chwili nerwowo dodała, w stronę Majki: — Jedna sztuka, więcej nie trzeba, żeby go sprawdzić.

Majka natychmiast rzuciła znaczące spojrzenie w stronę Grześka. — Co by się nie działo, pamiętaj, jesteśmy tu razem.

Grzesiek skinął głową, czując w uszach napływającą adrenalinę, którą rozbudziła dodatkowo kolejna kpina ze strony Łukiego.— Jeszcze niech cię za rączkę poprowadzi...

Po otwarciu przez Karolinę stalowych drzwi, Grześkowi ukazał się widok niczym z izolatki szpitala psychiatrycznego. Pomieszczenie było całkowicie puste, i jak reszta domu pozbawione okien. Ściany w całości wyłożone były białymi płytkami, co dodawało miejscu sterylny, chłodny wygląd. Niestety zamiast zapachu odkarzacza, z wnętrza wydobył się gryzący odór moczu i brudu. Był on tak duszący, że dopiero po dłuższej chwili Grzesiek zauważył, że pokój nie był pusty. W rogu przy ścianie siedział półnagi mężczyzna ze skrępowanymi rękami i workiem jutowym zaciągniętym na głowę. Nie miał na sobie koszulki, ani butów, za to jego spodnie były całe przemoczone.

— Ok…— rzucił niepewnie Grzesiek, przytłoczony tym widokiem. — Kto to jest?

— Jeniec z Białego Serca…— wyjaśniła bez emocji Majka.

W tym momencie pół nagi mężczyzna słysząc, że nie jest sam, poderwał się i stanął trzęsąc się w rogu pokoju. Jego widok był po prostu żałosny.

Grzesiek pokiwał tylko głową, chociaż dalej nic z tego nie rozumiał. Po co go właściwie go trzymano? I to do tego w czymś jak więzienie, połączone z psychiatrykiem. — Dobra i co dalej? Bo chyba wciąż nie łapie…— wycedził przez zęby, bo przez ten smród nie chciał oddychać zbyt głęboko.

W tym momencie Łuki przeszedł między nimi i zerwał jeńcowi worek z głowy, a potem jeszcze wyrwał knebel z ust. To drugie zrobił z taką siłą, że prawie pozbawił przy tym mężczyznę zębów. — Masz go zabić! — stwierdził dobitnie.

Pojmany słysząc to rzucił się z przerażeniem po podłodze i jak na oślep zacząl uciekać w inny róg pomieszczenia. — Nie…czekajcie…Proszę, nie… ja kurwa… naprawdę… Boże, ludzie… ludzie przecież ja… błagam, nie… kurwa nie…

Grzesiek spojrzał na niego, a potem popatrzył na Majkę i pozostałych. — Wiecie, że ja już zabijałem ludzi prawda? Ludzi z Białego Serca też? — spytał nieco zaskoczony.

— Więc kolejny nie zrobi ci różnicy…— stwierdził sztywno Łuki, a Majka ignorując go złapała Grześka za ramię, szepcząc.

— Zrób to po prostu szybko i miejmy te cześć za sobą…

Pojmany mężczyzna, który słyszał to wszystko, aż pisnął z przerażenia. — Kurwa! Wy jesteście chorzy! O czym wy w ogóle mówicie… KURWA LUDZIE

Grzesiek, czując, jak coś zaczyna mu się przewracać w środku, zbliżył się do jeńca, starając się dobrze chwycić topór. Chociaż było to dziwne, z jakiegoś powodu nie mógł zacisnąć palców na trzonku. Jego ofiara leżała jak bez bronna, a on po prostu zesztywniał. Dlaczego? Zabił już w życiu tylu ludzi, dlaczego teraz czuł się z tym dziwnie? Naprawdę tak dużą różnice, tworzyły okoliczności? Wtedy też usłyszał w głowie szept Pierwszego. — Tak się nie powinno robić…

I nagle wszystko stało się jasne. Pierwszy zdecydowanie nie był typem człowieka, który potrafiłby zabić kogoś, kto się poddał lub błagał o życie. To jego wola blokowała Grześka przed atakiem.

— Odpuść… — szepnął pod nosem. — Dobrze wiesz, że to zwykłe szuje…

Może, ale mogli go po prostu zabić na miejscu, zamiast bawić się w chore rytuały przejścia. — skwitował Pierwszy. — Gardzę bestialstwem…

Chociaż Grzesiek nie był tak wrażliwy jak jego kompan, musiał po części przyznać mu rację. Jemu też to się nie podobało. Niemniej pamiętając słowa Majki, wiedział, że nie może się wycofać. Niestety, zanim zdążył wziąć zamach, jeniec spróbował ratować się ucieczką. Na jego drodze do drzwi błyskawicznie stanął jednak Łuki, który powalił go potężnym ciosem w głowę.

— Powoli zaczynam rozumieć, czemu dwa razy nie daliście rady, temu Treremefowi. — prychnął chłopak, popychając pół przytomnego jeńca z powrotem na środek pokoju.

Grzesiek wiedział już, że nie może pozwolić sobie na dłuższą chwilę złoki. Podniósł więc topór i wziął największy zamach jaki był w stanie. Mężczyzna zasłonił się rękoma, a zaraz potem padł cios. Przedramiona jeńca uległy naporowi stali, ale wychamowały też ostrze na tyle, że nie zdołało ono wbić mu się w czaszkę. W kałuży krwi, która pojawiła się momentalnie na podłodze, rzucił się na brzuch i wrzeszcząc spróbował odczołgać jak najdalej.

Ten okropny widok sprawił, że nawet zachartowanemu Grześkowi zrobiło się słabo. Chcąc skończyć to jak najszybciej wziął kolejny zamach i tym razem trafił mężczyznę w potylice, a ten prawie natychmiast zesztywniał. Było po wszystkim

Nieco zmieszany Łuki wzruszyła ramionami, ale twarz Majki wciąż wydawała się przejęta. — Czyżby to jednak nie był jeszcze koniec? — pomyślał, zmieszany Grzesiek.

Tymczasem Karolina odkreśliła coś w swoim notatniku, krótkim skinieniem głowy, wyrażając aprobatę dla czynu Grześka. — Świetnie…— stwierdziła zadowolona — Litość w stosunku do naszych wrogów, to luksus na który nie możemy sobie pozwolić. Teraz odseparuj proszę jego kończyny od torsu…

— CO?! — zawołali jednocześnie zszokowany Grzesiek oraz Pierwszy w jego głowie. — Dobra słuchajcie, zabijanie ludzi to jedno, ale mnie naprawdę nie jara pastwienie się nad zwłokami. Miałem coś udowodnić, chyba udowodniłem? Zabijanie to…

— Udowodniłeś…— przerwał Łuki, wyrywając Grześkowi topór z ręki. — A jak go geniuszu całego wrzucisz do maszynki…

— Maszynki? — powtórzył Grzesiek, spoglądając pytająco na Majkę.

Dziewczyna wlepiła wzrok w podłogę. — Mamy zbyt mało jedzenia, żeby pozwolić sobie na jakiekolwiek marnotrastwo — rzuciła zawstydzona. — Żeby wykarmić zamek i utrzymać go w dobrej kondycji, potrzebujemy białka z każdego możliwego źródła…

Grzesiek zastygł w bezruchu, gdy prawda uderzyła w niego z całą brutalnością. Mimo że w swoim życiu robił różne rzeczy, istniały granice, których nawet on nie przekraczał. — Ludzie... — syknął. — Wy kurwa jecie ludzi?! — zawołał przerażony.

— Jecie... — prychnął Łuki, który potężnym zamachem odciął właśnie nogę martwego mężczyny od jego biodra — Jemy! Smakowały ci zupki? To zgadnij, dlaczego były takie dobre...

Grzesiek poczuł, jak ogarnia go obłęd. Jego usta były pełne goryczy, a żołądek skręcał się w agonii. Twarz wykrzywiła mu się w grymasie niewypowiedzianego horroru. Nie potrafił zrozumieć, jak długo był ślepy i jak mogło to umknąć jego uwadze. Tylko, że najgorsze przyszło dopiero potem; Przypomniał sobie olbrzymi kawał mięsa, który Majka wyłowiła dla niego z kuchni. Był rozgotowany, bez smaku, bardzo żylasty, prawie jak guma. W tym momencie zawartość jego żołądka nie była już w stanie utrzymać się w miejscu; zaczął wymiotować, zwracając całą poranną kawę. Mimo że nie jadł nic od wczorajszego wieczora, w jego ustach ciągle pojawiał się smak tego mięsa, prowokując kolejne wymioty, skręcając mu wnętrzności jakby te miały pęknąć…

Majka podbiegła do niego natychmiast łapiąc za plecy. — Grzesiek, proszę uspokój się! To ty nadajesz temu znaczenie! To siedzi tylko w twojej głowie, musisz się uspokoić! Jadłeś to przecież tyle czasu i zanim się dowiedziałeś, w ogóle ci nie szkodziło… Musisz się uspokoić! Proszę!

Grzesiek jednak już nic nie musiał robić, jego oczy zalewała czerwień, zapadał się coraz głębiej. — NIE DOTYKAJ MNIE! — ryknął głos Pierwszego, a ciało, którego już nie kontrolował, odepchnęło Majkę z taką siłą, że dziewczyna gruchnęła o ścianę.

Łuki, widząc to, natychmiast odrzucił topór i zaciśniętymi pięśćmi ruszył w stronę Pierwszego, wrzeszcząc: — TY SKURWIELU!!!

Chłopak, uniesiony gniewem, zignorował jednak fakt, że nie atakuje już zwykłego człowieka. Ręka Pierwszego wystrzeliła niczym na sprężynie, chwytając szyję i momentalnie blokując jego atak. Łuki walczył przez chwilę z dłonią zaciśniętą na krtani, lecz ostatecznie musiał ulec. Osuwając się na kolana, miotał się już tylko w bezskutecznej próbie złapania tchu. — Ludzie…— wyszeptał Pierwszy, dołączając do uścisku drugą dłoń. — KARMILIŚCIE MNIE LUDŹMI?!!

Nagle na jego plecy wskoczyła Majka. Ściskając nogami pod brzuchem i przekładając łokieć pod szyją, spróbowała oderwać mężczyznę od Łukiego. — PIERWSZY! USPOKÓJ SIĘ! — krzyknęła. — Nie chcę ci zrobić krzywdy!!!

— Krzywdy!!! — ryknął Pierwszy w całkowitym amoku. — JA WAS UNICESTWIE!!!

Po tej przerażającej deklaracji, z wrzaskiem wypuścił Łukiego i wciąż z Majką na plecach wyprostował ręcę. Z obu dłoni w dwie różne strony uderzyły Skrzydła Motyla. Pokój zaczął się rozpadać, płytki pękły wypełniając wnętrze fruwającymi białymi odpryskami. Łuki padł na ziemię o włos unikając fali uderzeniowej, ale Karolina nie miała tyle szczęścia. Gdy próbowała w tym chaosie, wybiec przez drzwi oberwała prosto w plecy. Jej bluza dresowa po prostu wyparowała, skóra rozpadła się ukazując białe żebra i kręgosłup. Nim skrzydła zdezintegrowały ją jednak całkiem, runęła martwa na ziemię.

— PRZESTAŃ!!! — krzyknęła Majka przez łzy, próbując przydusić go jeszcze mocniej — Przestań w tej chwili!!!

Tymczasem pokój, w którym się znajdowali, zaczął ulegać coraz większym zniszczeniom. Ściany pękały i rozpadały się, odsłaniając za sobą korytarz i podwórze. Promienie zewnętrznego światła przebijały się przez coraz większe szczeliny, rzucając na zrujnowane wnętrze blade refleksy dnia.

Pierwszy, jak w amoku, rozrywał mury na kawałki. Jego mięśnie napinały się, a ręce drżały wypełnione mocą, nie były jednak w stanie utrzymać skrzydeł dość długo by zawalić budynek. W końcu, wyczerpany, opuścił dłonie i odetchnął ciężko. Z maski gazowej, którą miał na twarzy, zaczęły wydobywać się strugi ciemnej, niemal czarnej pary.

Majka, widząc, że Pierwszy wyraźnie traci siły, postanowiła wykorzystać ten moment, aby go obezwładnić. Jednak pomimo że jej łokieć nieustannie ściskał szyję mężczyzny, ten zdawał się nawet tego nie zauważać. Co gorsza, jego ciało zaczęło przechodzić dziwną transformację. Cała sylwetka stała się jakby wyrzeźbiona ze smoły, z kształtem czarnego munduru i maski przeciwgazowej, które ledwo utrzymywały swoją formę; stopniowo rozpływając się niczym plastikowy żołnierzyk wrzucony do ognia. Z każdym ruchem fragmenty tej groteskowej powłoki odrywały się i opadały na ziemię, tworząc kałuże czarnej mazi.

Majka, mimo całego wysiłku, nie była w stanie utrzymać się dłużej. Siły ją opuszczały, a ciało Pierwszego stawało się coraz bardziej niestabilne i śliskie. Ostatecznie, bezsilna, spłynęła po nim na podgłogę, ale najgorsze przyszło zaraz potem.

Gdy tylko upadła, Pierwszy obrócił się w jej stronę. Nie uczynił tego jednak normalnie, jak człowiek. Jego ciało, przeformowało się, aby stanąć do niej frontem. To, co kiedyś było ludzką powłoką, teraz było jak zmieniający kształty cień. Niemal natychmiast jego ręka, teraz również przypominająca czarną, lepką mazię, chwyciła dziewczynę za głowę. — Brzydzę się bestialstwem…— wygulgało z płynnego filtra maski. — Dlatego, to będzie szybkie. Prawdopodobnie bezbolesne… Tylko się nie opieraj, nie walcz…

Majka zesztywniała, przerażona do głębi. Każdy mięsień w jej ciele napiął się do granic możliwości. W jej oczach można było dostrzec czysty terror, gdy zdawała sobie sprawę, co ją za chwilę czeka.

Wtedy jak znikąd pojawił się Łuki. Biorąc ogromny zamach toporem odciął rękę Pierwszego, która upadła na ziemię i rozlała się jak czarny atrament. W dramatycznej chwili chwycił Majkę, próbując dobiec z nią do drzwi, ale dziewczyna zatrzymała się tuż przed wyjściem.

— Co ty wyprawiasz! Musimy wiać! — zawołał przerażony Łukasz.


— Nie zostawię Grześka… — krzyknęła, obracają się w stronę potwora, który zamarł po środku pokoju — GRZESIEK! To ja! Proszę, nie możesz tego robić!!!

Reakcja Pierwszego była natychmiastowa. Jego ciało zaczęło wrzeć jak gotująca się smoła. Pełen furii i niepowstrzymanej siły, ruszył w kierunku Majki, lecz nagle coś go zatrzymało jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Maź z głowy zaczęła ściekać, odsłaniając na chwilę twarz Grześka, który ewidentnie walczył o przejęcie kontroli.

— Nie wolno ci… nie pozwolę jej… nie ją… — wyszeptał, zanim jego oblicze znowu zalała czernią.

— ZJEDLIŚMY PRZEZ NIĄ CZŁOWIEKA!!! — wybełkotał Pierwszy, a jego głos był przepełniony furią. — JAK MOŻESZ JĄ BRONIĆ!

— Nie dbam o to…— wyszeptał Grzesiek gdzieś zgłębi Pierwszego. — Majka… ja…— nie zdążył jednak dokończyć, bo ciało Pierwszego znowu zaczeło się zmieniać.

To co działo się przed dziewczyną było teraz równie, groteskowe, co przerażająca. Postać, która wcześniej z trudem utrzymywała ludzki kształt, zaczęła teraz zmieniać się w coś, co przypominało ogromnego ślimaka z monstrualną gębą. Ewidentnie męczona przez wewnętrzne drgawki, istota wyglądała, jakby zbierało jej się na wymioty. Ksztusząc się i walcząc ze sobą, w końcu wypluła z siebie Grześka, który osunął się na ziemię, zdezorientowany i osłabiony. — Jesteś przeszkodą... — syknął Pierwszy, pozbywając się swojej blokady. — Nie potrzebuję cię... — Po tych słowach jego ciało zaczęło gęstnieć, stopniowo przybierając ponownie ludzki wygląd. Cały proces trwał kilka sekund, podczas których jego struktura zaczęła przypominać normalną tkankę. Mimo ewidentnych zmian, transformacja nie była jednak pełna. W ubraniu i ciele Pierwszego brakowało sporego fragmentu w okolicy boku, gdzie ziała po prostu ogromna dziura. Dodatkowo, za szkłami maski gazowej nie było widać oczu, jakby jej wnętrze było puste, co nadawało całej postaci jeszcze bardziej niepokojący wygląd.

Majka, widząc Grześka leżącego bezbronnie na ziemi, natychmiast do niego dobiegła, instynktownie starając się osłonić go swoim ciałem przed ewentualnym kolejnym atakiem. Tymczasem Łuki, dostrzegając, że Pierwszy na chwilę przybrał bardziej ludzką postać, postanowił wykorzystać okazję do ataku. Z determinacją w oczach, dobył błyskawicznie swój miecz i z całej siły wymierzył cios prosto w Pierwszego. Niestety ten, mimo swojej groteskowej i niestabilnej formy, zachował zdumiewającą zręczność i refleks. W ułamku sekundy, z niewiarygodną szybkością, uchylił się przed atakiem Ostrze miecza z hukiem uderzyło w podłogę, pozostawiając w niej głębokie żłobienie.

Nie minęła sekunda, a w dłoni Pierwszego zmaterializował się nóż. Po błyskawicznym doskoku, pojawił się przy Łukim, zagłębiając ostrze w jego brzuchu. Chłopak zesztywniał i kaszlnął krwią. Krzyk Majki wypełnił pomieszczenie, a Grzesiek po prostu nie mógł uwierzyć w to co widzi. Kolejne pchnięcie noża i Łuki osunął się po ścianie znacząc ją krwią.

— NIE!!! — rykneła Majka. — Ty skurwielu, ja cię zapierdolę! — wykrzyczała i poderwała się z ziemi.

Grzesiek, był świadomy, że dziewczyna nie ma żadnych szans przeciwko monstrum, jakim stał się Pierwszy. Spróbował ją powstrzymać, chwytając za rękę, ale wyrwała mu się i z impetem rzuciła na potwora. Widząc to, poczuł, jak serce zatrzymuje mu się w piersi.

Dziewczyna, ogarnięta furią, okładała Pierwszego pięściami, ale ten, wytrzymywał grad ciosów bez żadnej reakcji. Wyglądało to tak jakby Majka uderzała w kamienną ścianę. I wtedy, w samym środku tego szaleńczego ataku, Pierwszy obrócił się. Jednym gwałtownym ruchem, chwycił dziewczynę za szyję. Jego dłoń zacisnęła się z żelazną siłą, blokując natychmiast jej oddech.


Grzesiek, poczuł jak przeżera go rozpacz, zobaczył jak z oczu Majki wylewają się łzy. W jego głowie kotłowała się jedna myśl - musi ją uwolnić, uratować, niezależnie od ceny jaką przyjdzie mu przypłacić…

W tych dramatycznych chwilach, gdy rzucił się, by uwolnić ukochaną, coś w nim nagle się przełamało. To był moment, w którym coś się obudziło — głęboka, pierwotna siła, której dotąd nie doświadczył. Było to, jakby jego umysł i ciało otworzyły się na nowe możliwości, jakby otrzymał dostęp do dodatkowych zmysłów, które pozwalały mu wyczuwać i rozumieć więcej niż kiedykolwiek przedtem.

Czuł każdy ruch powietrza, każdą zmianę w napięciu otoczenia. Mógł odczuwać szaleńczą wolę Pierwszego, jakby była namacalną siłą wokół niego. Te kilka sekund, które wydawały się trwać wiecznie, były dla Grześka momentem odkrycia w sobie Pierwotnej Woli. To był, moment, w którym zrozumiał, że ma w sobie moc, by stawić czoła Pierwszemu na zupełnie nowym poziomie.

Momentalnie chwycił mężczyznę za nadgarstek i ścisnął go z taką siłą, że ten pęk jak zapałka. Palce ściskające szyje Majki rozluźniły się, a dziewczyna padła pół przytomna na ziemię.

— Nie jesteś prawdziwym Pierwszym! — krzyknął jednocześnie wściekły i zrozpaczony Grzesiek. — Pierwszy nigdy nie zabiłby kogoś, gdyby nie musiał…

Istota spojrzała na Grześka przez wizjery, a jej głos zabrzmiał jakby maska była pusta w środku. — Więc ile w tobie zostało oryginalnego Drugiego? — zapytała zimno. Niemal natychmiast nadgarstek Pierwszego uległ regeneracji, nastawiając się z niewiarygodną szybkością, jakby ktoś puścił film do tyłu.

Zanim Grzesiek zdążył zareagować, potwór ryknął, chwycił go za ramiona i z ogromną siłą pchnął na ścianę. Ta, uszkodzona wcześniej przez Skrzydła Motyla, nie wytrzymała siły uderzenia i rozpadła się, wypuszczając obu mężczyzn na zewnątrz. Grzesiek nie zdołał utrzymać równowagi przewrócił się na plecy, czując jak potężna wola Pierwszego nabiera mocy do kolejnego ataku.

— TO WSZYSTKO TWOJA WINA!!! — wrzasnął jego spotworniały kompan, unosząc się nad ziemią. Przez moment wydawało się, jakby z jego pleców wyrosły skrzydła z czystej energii. — CZAS, ŻEBYM USUNĄŁ CIĘ Z ISTNIENIA!!!

Grzesiek, czując zagrożenie, w ostatniej chwili zebrał siły. W momencie, gdy czerwone wizjery potwora rozbłysły ostrzegawczo, poderwał się z pomocą błędów i błyskawicznie zszedł z drogi fali uderzeniowej, która rozryła ziemię, tworząc ogromny i głęboki rów. Ten przeciął podwórze, asfalt i rozerwał dom naprzeciwko, nim się zatrzymał.

— Masz rację... — odetchnął Grzesiek, czując jak po tym monstrualnym ataku siła Pierwszego momentalnie osłabła. — To moja wina... — przyznał, drżącym głosem. — Nie mam pojęcia, czym się stałeś, ale to moja wina. — dodał, czując jak jego wola zaczyna narastać. — Dlatego zamierzam to naprawić. Choćby nie wiem co...

Idąc za nagłym impulsownym pragnieniem swojej woli, Grzesiek ruszył błyskawicznie w kierunku Pierwszego, wyskakując w powietrze, by go dosięgnąć. Istota natychmiast zareagowała, a jej siła wezbrała jak nagłe nadpływająca fala.

Pierwszy, momentalnie wypuścił kolejne Skrzydła Motyla. Płaszcz Grześka, jakby kierowany własną wolą, poderwał się, by osłonić go przed uderzeniem. Był to chyba jednak pierwszy raz, kiedy ten wyjątkowy relikt nie był w stanie wytrzymać jakiegoś naporu. Skóra płaszcza zaczęła się przypalać i rozpadać pod wpływem mocy Pierwszego, którą Grzesiek odczuwał teraz jakby trafiła w niego ogromna kula burząca.


Przez kilka sekund, które wydawały się trwać wieczność, musiał wytrzymać potężną falę energii. Mimo że płaszcz wciąż go chronił, uderzenie było tak silne, że jego ciało było wręcz przeszywane bólem. Wreszcie, gdy fala energii minęła, Grzesiek spadł na ziemię, z zadyszką i oszołomiony, ale wciąż żywy. Leżąc na zniszczonym podwórzu, próbował zebrać siły, by móc kontynuować walkę.

Pierwszy, widocznie osłabiony przez Skrzydła, opadł na ziemię. W tym samym momencie z domu wybiegła Majka. Dziewczyna, dzierżąc miecz Łukiego, ruszyła w kolejnym szaleńczym i bezmyślnym ataku. Dla istoty napędzanej pierwotną wolą przetrwania, taka szarża była tylko paliwem dodającym sił. Pierwszy błyskawicznie się poderwał i unosił już rękę, gotów unicestwić Majkę w jednym, śmiercionośnym uderzeniu.

Grzesiek, widząc narastające niebezpieczeństwo, poczuł nagły przypływ adrenaliny. Chęć ochrony Majki doładowała jego wolę, która jednak wciąż wydawała się zbyt słaba, by równać się z bezwzględną mocą wydobywającą się z Pierwszego. Wtedy, nagle, w zakamarkach swojej świadomości usłyszał głos „prawdziwego” kompana. — Nie zatrzymamy go… Musimy się znowu połączyć… — rozległo się w jego głowie.

W tym momencie Grzesiek zebrał w sobie całą posiadaną moc i ruszył do przodu tak szybko, jak tylko materia była w stanie się poruszać. Całą okolicę wypełnił nagły i niezapowiedziany Błysk. Wszystko spowiło światło.

Nie wiadomo ile czasu minęło, nim Pierwszy wrócił do świadomości, leżąc na zimnej, twardej ziemi. Jego ciało było sztywne, a umysł gwałtownie przebudził się z otchłani pustki. Otwierając oczy, przesłonięte czerwonymi wizjerami maski gazowej, spojrzał zdezorientowany na świat dookoła. W miarę jak jego percepcja wracała, zaczął odczuwać narastający niepokój. Serce biło coraz szybciej, a w jego wnętrzu rosło przerażenie.

Nie tylko znowu przejął kontrolę nad ciałem, ale co gorsza, zupełnie nie czuł Grześka. Nie było nawet najmniejszego śladu jego obecności, gdzieś głęboko w jaźni. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że może ich połączenie jednak się nie udało. Może Grzesiek leżał gdzieś obok? Może mimowolnie udało im się w końcu odseparować? Kiedy chciał się pochylić, by rozejrzeć się po okolicy, nagle dobiegł do niego rozwścieczony krzyk Majki.

Dziewczyna wpadła na niego z impetem, uderzając kolanem w szczękę. Uderzenie było tak silne, że przez chwilę zupełnie go oszołomiło. Nie zdążył nawet zebrać myśli, gdy dziewczyna wskoczyła mu na tors i zaczęła okładać go pięściami, krzycząc z desperacją i gniewem: — ODDAJ MI GO! ODDAJ GO! ODDAWAJ! ODDAWAJ GO SKURWIELU!!! ODDAWAJ!!!

Pierwszy, zaskoczony i oszołomiony, próbował odepchnąć dziewczynę, ale jej ataki były zbyt gwałtowne i silne. Każdy cios pozbawiał go na sekundę świadomości, a w głowie wciąż miał echo jej krzyków. W końcu nie mogąc wytrzymać poderwał się, zrzucając maskę gazową z twarzy, która była już zalana od krwi. — NIE MOGĘ!!! — wykrzyczał zrozpaczony. — NIE MOGĘ!!!

Zaskoczona dziewczyna zsunęła się na ziemię, uwalniając Pierwszego. W jego oczach musiała dostrzec ten sam żal, który teraz odczuwała…

***

Od wydarzeń w czerwonym domu minęło kilka dni. W tym czasie Pierwszy razem z Majką ukrywali się w bloku na osiedlu Kalwaria i robili wszystko, aby przywrócić Grześka z powrotem do rzeczywistości. Niestety, wszelkie ich próby okazywały się bezowocne. Nie pomagały rozmowy, wspominanie dawnych chwil, deklaracje uczuć.…

Dla Pierwszego nie było to niestety zaskoczeniem. Poprzednim razem, kiedy przejął kontrolę, cały czas odczuwał delikatnie obecność Grześka w swoim umyśle, a teraz po przebudzeniu miał wrażenie, że jest w swoim ciele zupełnie sam. Tego szczegółu postanowił jednak nie zdradzać zrozpaczonej już dziewczynie bo sam nie miał pewności, co się właściwie stało. Grzesiek bez wątpienia przebudził w którymś momencie Pierwotną Wolę i na pewno doszło do jego połączenia z potwornym ciałem Pierwszego. Co jednak z tego wynikło? Na to nie było jednoznacznej odpowiedzi. Był natomiast przekonany, że jedynym sposobem, aby coś zmienić, jest powrót do Krańcowa i spotkanie się z Agatką. Wiedział, że może to być jedyna szansa na odzyskanie Grześka lub przynajmniej na zrozumienie, co się z nim stało.

Pierwszy spojrzał na Majkę, która próbowała właśnie wygrzebać resztkę orzeszków z puszki. Odkaszlnął, dając do zrozumienia, że chce coś powiedzieć, a dziewczyna zerknęła na niego z surową miną. Mimo wspólnego celu, było widać, że żywiła do niego ogromny żal za to, co stało się z Grześkiem. Tak naprawdę, poza chwilami, gdy próbowali nawiązać z nim kontakt, właściwie nie rozmawiali.

— Wydaje mi się, że powinienem opuścić miasto... — zaczął Pierwszy, zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogą go czekać po tej deklaracji.

Majka poderwała się natychmiast, rozwścieczona jego słowami. — Nigdzie się stąd nie ruszysz, póki masz w sobie Grześka! Nie będziemy ganiać nie wiadomo gdzie, dopóki nie upewnię się, że zrobiliśmy wszystko, aby go ściągnąć z powrotem...

— To się nie uda... — westchnął Pierwszy, opuszczając głowę.

Majka wyglądała, jakby była gotowa go za to udusić. — Niby dlaczego? — wycedziła przez zęby.

— Bo musiałby cię słyszeć... — zaczął tłumaczyć, ale widząc zaciśniętą szczękę i rozgniewane oczy dziewczyny, uznał, że lepiej unikać słów, które mogły by sugerować, że Grzesiek mógł już nie żyć. — Pewnie po prostu utknął zbyt głęboko, i nic z tego co mówimy do niego nie dociera. — wyjaśnił pokrętnie. — Potrzebujemy jakiegoś błędu! Albo kogoś zdolnego z pomocą Woli wedrzeć się do mojego umysłu, by przekazać mu wiadomość.

Majka wzięła głęboki oddech, starając się zachować spokój, po czym zapytała — Dlaczego nie poszukamy czegoś takiego tutaj? W mieście?

— Ryzykujemy zbyt wiele i niepotrzebnie tracimy czas — odpowiedział nerwowo Pierwszy. — W Krańcowie jest dziewczyna, która posiada odpowiednią moc. Myślę, że z jej pomocą moglibyśmy porozmawiać z Grześkiem, może nawet ściągnąć go z powrotem.

Majka, której ewidentnie brakowało zaufania do Pierwszego, spytała podejrzliwie: — I pewnie masz zamiar iść tam sam, co?

— Wręcz przeciwnie — odparł jej Pierwszy, wyprostowując się na fotelu. — Żeby ściągnąć Grześka, potrzebujemy ciebie. I tego, co on do ciebie czuje...

Majka była wyraźnie zaskoczona tą odpowiedzią i przez moment niepewnie spoglądała w podłogę. Po chwili refleksji dodała jednak z determinacją: — Od tylu lat nie opuszczałam miasta, ale jeśli to konieczne, aby odzyskać Grześka, nic mnie nie powstrzyma. Kiedy chcesz wyruszyć? Co będziemy potrzebować?

Pierwszy skinął głową, zadowolony, że nie było problemów by ją przekonać. — Nie będę cię okłamywał. Są małe szanse, że trafimy do Krańcowa od razu. — odparł. — Podróżowanie po Strefie Zamarcia to abstrakcja, możemy trafić do wielu miejsc, które niekoniecznie będą przyjazne. Dlatego wolałbym unikać poszukiwania zapasów po drodze…

Majka, słysząc go, natychmiast spochmurniała. Jej głos nabrał poważnego tonu, gdy odpowiedziała: — Sam widziałeś jak wygląda to miasto. Zgromadzić tutaj cokolwiek to będzie wyzwanie, a do tego ryzykujemy, że spotkamy kogoś z zamku...

Pierwszy, zwykle był bardziej opanowany, ale obecnie sama myśl o tym miejscu wywoływała w nim odrazę. — No tak, jeszcze sami skończymy w spiżarni... — rzucił z ironią.

Majka popatrzyła na niego z wyraźną dezaprobatą. — Ja, co najwyżej. W Zamku nie ma morderców! Nie zabiliśmy nikogo tylko dla jedzenia...

— Za to jak się już trafiło, szkoda było marnować... — ponownie wtrącił złośliwie Pierwszy.

Majka, z mieszanką wstydu i złości, zacisnęła dłonie na oparciu łóżka. Jej głos drżał od emocji, gdy mówiła: — Możesz nami gardzić, ale nie wiesz, co przeszliśmy...

Pierwszy czuł, jak w jego umyśle pojawiają się kolejne ostre riposty; chciał powiedzieć, że sam wolałby umrzeć niż stać się zwierzęciem. Zdał sobie jednak sprawę, że kłócenie się z Majką nie przyniesie żadnych korzyści i tylko pogorszy już trudną sytuację. Wziął głęboki oddech, próbując znaleźć w sobie wytrwałość i bardziej konstruktywny sposób na kontynuowanie tej rozmowy. — Przepraszam, to było niepotrzebne — przyznał Pierwszy, ale Majka o zgrozo gotowa była kontynuować obronę swoich działań.

— Byłeś kiedyś w sytuacji, gdzie miałeś ochotę zjeść własne ubranie? — spytała, a jej głos był pełen niesprawiedliwego w opinii Pierwszego oburzenia. — Patrzyłeś kiedyś na swoje palce, zastanawiając się, czy na pewno potrzebujesz wszystkich? Albo zastanawiałeś się, czy można coś jeszcze wyciągnąć z gówna? Jeśli nie, to nie masz prawa nas oceniać...

Pierwszy, coraz bardziej wyprowadzony z równowagi przez to, że ktoś jawnie bronił przy nim kanibalizmu, nie wytrzymał. — Są ludzie, którzy woleliby umrzeć niż przekroczyć pewne granice. I są ludzie, którzy przekroczyliby wszystkie granice, byleby tylko przeżyć! — wyrzucił.

Jego słowa zawisły w powietrzu, dodając napięcia do już gęstej atmosfery między nimi.

Majka wyglądała teraz nie tyle na złą, co na naprawdę zawstydzoną. — Uważasz, że zasłużyłam na śmierć? Bo za bardzo chciałam przeżyć?

— Ja… nie… — Pierwszy poczuł, jak nagle uciekły mu słowa. Zrozumiał nagle, że Majka mogła wewnętrznie pogardzać tym, co zrobiła, ale jakie miała teraz wyjście, jak nie usprawiedliwianie tego? Musiała podjąć trudne decyzje, których już nie mogła cofnąć. Czy on sam mógł o sobie powiedzieć, że był nieskazitelnie czysty? Czy sam nie miał na koncie decyzji, których bardzo żałował? Czy sam często nie usprawiedliwał swoich złych wyborów. — Myślę, że jest na tym świecie przynajmniej jeden człowiek, który cieszy się z tego, że zrobiłaś wszystko by przetrwać…— rzekł, starając się już naprawdę zakończyć ten niepotrzebny spór.

Odniesienie do Grześka sprawiło cud, bo dziewczyna uspokoiła się i skinęła głową. Ponownie zapanowała chwila ciszy, w której Pierwszy zastanawiał się nad tym co robić dalej. — Może po prostu zapasów poszukamy w kolejnym mieście… Może jak będziemy mieli szczęście, trafimy od razu do Krańcowa…

— Coś jednak mamy…— wtrąciła Majka, wskazując na plecaki przy łóżku.

Te przygotowała wcześniej na wypadek gdyby miała uciekać z miasta razem z Grześkiem. Oczywiście ich zawartość była dość skromna, a część zapasów naruszyli już po ucieczce z czerwonego domu. Nie mniej na jeden, może dwa dni powinno im jeszcze wystarczyć.

— To zdrzemnijmy się…— postanowił Pierwszy. — Trzeba odpocząć przed drogą…

Oczywiście w jego wypadku było to wierutne kłamstwo. Nie było szans, by tak po prostu zasnął…



221 wyświetleń10 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

10 Comments


divest
divest
Jun 07

Jakieś info o następnej części?

Like
Replying to

Cześć, niestety musiałem zabrać się za Krańcowo 3 bo nie skończyłbym go w tym roku, dzieląc pracę między poprawki i nowe opowiadania :( Czas nie okazał się dla mnie tak łaskawy jak myślałem...

Like

Whoaaah... Co tu się działo, ja nie wierzę...

Mózg w kawałkach, chapeau bas, kłaniam się w pas panie Jarosławie 😁


Like

Chyba tylko sam sobie mogę być winien, że się już z góry domyślałem co znajdziemy po drugiej stronie tunelu (i miałem w głowie "Get on with it!"). Rozumiem zamysł budowania napięcia i że to miało przedstawiać ewolucję rozważań Grześka, cały czas szukającego "dobrej" strony całej tej sytuacji, tylko po to żeby potem zrzucić na niego w jednym momencie brzemię rady zamkowej. Niemniej coś mi też nie do końca zagrało z tempem wydarzeń (długa droga poprzecinana domysłami) i ten fragment się trochę dłużył (nie żebym znał się na tyle żeby to zrobić lepiej, ot odczucia).

Za to tempo w jakim potem rozegrały się wydarzenia...

Tak dużo, w tak krótkim czasie.

No, ale tak to już z Tobą @Jarosław Domański mamy: jak już wulkan wybuchnie,…


Like
Replying to

Cóż, gdybym pisał normalnie; czyli napisał całość, a potem robił poprawki, pewnie byłoby lepiej pod względem tempa i innych rzeczy na przykład szczegółów...

Like

divest
divest
Apr 24

Najgorszy rozdział ever!!! (dzięki Zosiek)

pół czytania wiedziałem już gdzie Majka i Grzesiek idą...

na szczęście Jarek uratował sytuację.

co tam się odpierdoliło z tym Pierwszym to ja nie mogę:)

wcześniej utożsamiałem się z pierwszym - choć nie do końca - teraz do mnie dotarło, 1 + 2 = ja

Najlepszy (pół) rozdziały ever!!!


PS. pojechałem rowerem do tej leśniczówki co wymyśliłem na spotkanie, ale nie można tam palić ognisk. Jednak przejeżdżałem obok polany w Kampinosie gdzie była jakaś impreza z grochówką.

Czy Krańcowianie nadal chcą się spotkać?


Like

Tak żem coś czuł z tym kanibalizmem ;)

Like
Replying to

Ajć przepraszam.... nie pomyślałem że można zrobić inaczej niż ja zazwyczaj robie, najpierw rozdział, na końcu czytam komentarze....

Like
bottom of page